30 lat jak jeden dzień (1)

Jak trafiłem do Ameryki Południowej. „Pokażcie mi brzuch terrorystki” i Sendero Luminoso.

Właśnie mija 30 lat od mojej pierwszej podróży do Ameryki Łacińskiej. W pięciu odcinkach, opartych na gawędach, które emitowane były w II programie Polskiego Radia, postaram się streścić te trzy dziesięciolecia. Dziś odcinek pierwszy.


Każdy musi mieć taką swoją Amerykę. Jakiś cel, do którego dąży. Takie miejsca, gdzie lokują się marzenia, dążenia, wiara w świat. Ameryką może być chęc zrobienia doktoratu lub dążenie do napisania jakiejś ważnej książki.
Wejście na jakąś wyższą lub niższą górę.

Dla mnie taką Ameryką była jednak Ameryka.

Ameryka z krwi i kości.

Nie Ameryka Północna, USA, lecz Ameryka Południowa.

Ta mniej zabetonowana z Ameryk, bardziej krwista, namiętna, pachnąca niezamieszkaną, dziewiczą ziemią.

Myśl o Ameryce była w mojej głowie obecna, odkąd zacząłem myśleć i czytać. Bo wszystko, oczywiście, wzięło się z lektur.

Bardzo wcześnie i bardzo mocno zafascynował mnie świat podróżników, zagłębiających się w czeluściach tego kontynentu, który poznawałem na kartach książek. Żadna rewelacja, prawda? Każdy chłopak, każdy nastolatek przechodzi przez coś. Przechodzi, a potem jemu to przechodzi. U mnie jednak było inaczej: bo u mnie to nie przeszło. Jak się we mnie wpiło, wczepiło, tak nie puściło. Trzyma do dziś.

Nieraz sobie myślę, że ja po prostu za mocno uwierzyłem w to, co przeczytałem w pierwszych książkach na temat Ameryki Południowej, jakie w dzieciństwi trafiły do moich rąk. Za bardzo z tym się utożsamiłem. No i teraz mamy tego skutki.

Świat Inków, Azteków i Majów całkiem mnie omotał. Tak więc, gdy w pewnym momencie pojawiła się realna szansa, żeby gdzieś dalej wyjechać w świat, nie miałem najmniejszych wątpliwości, dokąd powinienem pojechać. W ogóle nie musiałem nad tym się zastanawiać. Ameryka Południowa była dla mnie adresem jak najbardziej oczywistym. A która z ulic w tej Ameryce? To też było w miarę proste do rozstrzygnięcia – ta część Ameryki Południowej, gdzie jest i piękna, urzekająca przyroda, i gdzie jest głęboka, niepowtarzalna historia. Gdzie – jak w pigułce - jest wszystko.

Właśnie dlatego zdecydowałem, że pierwszym moim celem w czasie tej pierwszej podróży do Ameryki Południowej będzie Peru.

Okoliczności w jakich doszło do tej podróży, były dość niezwykłe. Był rok 1981. Właśnie ukończyłem trzeci rok studiów na wydziale handlu zagranicznego na Uniwersytecie Gdańskim. Odbywałem praktykę studencką w ówczesnych Niemczech Zachodnich, zorganizowaną przez tzw. AIESEC – miedzynarodową organizację skupiającą studentów kierunków ekonomicznych. Będąc na tej praktyce uzyskałem stypendium, które umożliwiło mi wzięcie urlopu dziekańskiego w Polsce i podjęcie studiów podyplomowych z dziedziny integracji europejskim na Uniwersytecie Saarlandzkim w Saarbruecken – w mieście, gdzie byłem praktykantem. I ledwie zacząłem w Niemczech studiować, w Polsce 13 grudnia 1981 roku wybuchnął stan wojenny. Było jasne, że mój pobyt zagranicą będzie musiał być dłuższy niż planowałem (studia podyplomowe miały trwać dwa semestry). Toteż, gdy już owe dwa semestry wystudiowałem i zacząłem zbierać materiały do pracy doktorskiej, pomyślałem, że warto skorzystać z wolności, jaką zaoferował mi los i że warto by zrealizować moje wielkie marzenie, które nosiłem w sobie od dziecka: że warto by na jakiś czas polecieć do Ameryki Południowej.

Tak też zrobiłem. Miałem trochę oszczędności, jakie zgromadziłem pracując na praktyce studenckiej, w przerwie międzysemestralnej poszedłem jeszcze dodatkowo do pracy do mleczarni, gdzie nosiłem worki z mlekiem w proszku i jakoś udało mi się zgromadzić odpowiednią ilość środków, by móc wykupić upragniony bilet lotniczy na trasie: Luxemburg, Shannon, Gander (na Nowej Funlandii), Hawana, Kingston (na Jamajce), Lima.

Tak więc któregoś dnia pod koniec lutego 1983 zamknąłem za sobą drzwi w akademiku w Saarbruecken, dojechałem pociągiem do Luxemburga, wsiadłem
na pokład lecącego z Moskwy Tu-134 Aeroflotu (trochę strach było wsiadać, ale Aerofłot miał najtańsze bilety) i poleciałem do Limy.

Na miejcu byłem po 32 godzinach.

Zaczęła się niezwykła podróż. Podróż, która miała w sobie wiele jednocześnie z pielgrzymki i z podróży inicjacyjnej. (Taki zresztą tytuł – „Inicjacja” –

nadałem jednej z dwóch książek, które stały się pokłosiem tej pamiętnej eskapady.) Ameryka od pierwszej chwili mnie przerazila i urzekła. Przeraziła swoimi dzielnicami nędzy i odmiennością do tego stopnia, że pierwszego i drugiego dnia chciałem dosłownie stamtąd uciekać; urzekła bo okazała się jeszcze piękniejsza i jeszcze ciekawsza niż moje wyobrażenie na jej temat, jakie wyniosłem z młodzieńczych lektur.

Co było większe: przerażenie, czy urzeczenie?

Szczerze mówiąc, myślę że przerażenie (w chwili, gdy dotarłem do Limy, przez miasto właśnie przetaczała się fala strajków i na ulicach wszędzie były – podobnie jak w tamtym okresie w Polsce – pojazdy opancerzone, czołgi i oddziały policji, których zadanie polegało na rozganianiu wielotysięcznych demonstracji).

To, że owo przerażenie nie zwyciężyło, zawdzięczam, sądzę, nie swojej odwadze, lecz temu, że na mój bilet lotniczy do Europy mogłem wrócić dopiero... za 3 miesiące!

Nie miałem więc wyjścia. Przerażenie musiało ulec urzeczeniu i fascynacji. A te z każdym upływającym dniem stawały się większe i większe...

Podróż, którą w swoim pierwotnym zamyśle, miałem odbyć szlakiem najważniejszych zabytów prekolumbijskich (wspominałem o swoim książkowym omotaniu Inkami, Aztekami i Majami) szybko została zdominowana przez peruwiańską współczesność. Zwiedzając Cuzco i słynne Machu Picchu poznałem peruwiańskiego dziennikarza, free-lancera, Mario de la Cruz Gonzalesa – sympatyka lewackiej organizacji terrorystyczno-partyzanckiej Świetlisty Szlak. To od niego dowiedziałem się, czym tak naprawdę Peru żyło w tamtych dniach. To on uświadomił mi znaczenie tego, co nie tak dawno (o czym w Niemczech czytsałem w prasie) zdarzyło się w Uchuraccay – w niewielkiej tubylczej wiosce w departamencie Ayacucho, gdzie od kilkunastu miesięcy w najlepsze trwała regularna wojna sił rządowych z terrorystami. Momentalnie zrozumiałem, że będąc w Peru, powinienem podróżować szlakiem „Sendero Luminoso”, a nie szlakiem kultur prekolumbijskich. Pojąłem, że swój pobyt w tym kraju powinienem wykorzystać na zebranie materiału do napisania książki o maoistowskiej partyzantce działającej w Andach. Że jeśli taką książkę napiszę i jeśli odniesie ona sukces, do Peru przyjadę jeszcze nie raz i wtedy będę miał dość czasu, żeby obejrzeć wszystkie zabytkowe kamienie. Teraz jednak, w tej konkretnej chwili, nie wolno mi było na to tracić czasu.

Powinienem zająć się czymś innym.

Czym?

Było oczywiste, że punktem wyjścia powinna być masakra dziennikarzy, do której niedawno doszło we wspomnianej miejscowości Uchuraccay, gdzie prymitywni wieśniacy, od miesięcy zastraszani przez terrorystów i brutalnie namawiani do tego, żeby przyłączyli się do ich walki z rządem, za owych terrorystów wzięli grupkę dziennikarzy, którzy chcieli odwiedzić tęże wioskę, by zajrzeć za kulisy brudnej wojny, jaką Lima, przeciwko maoistowkim partyzantom, od miesięcy prowadziła w Ayacucho.

Dziennikarze, prowadzeni przez lokalnego przewodnika, do Uchuraccay zbliżali się pieszo, idąc jeden za drugim, wąską kolumną. Tak jak czynili to terroryści.


Na ramionacah mieli przewieszone aparaty fotograficzne, które z daleka wyglądały, jak broń. (Jak broń terrorystów).

Chłopi, niewiele zastanawiając się, wpuścili ich do wioski, otoczyli i... – najnormalniej w świecie – zatłukli i zakłuli. Mieli już dosyć gróźb wypowiadanych przez terrorystów pod swoim adresem. Zabili wszystkich. Co do jednego. O dziennikarzach zaginął wszelki słuch. Dopiero po kilkunastu dniach straszna prawda o strasznej pomyłce zwolna zaczęła wychodzić na światło dzienne. Wtedy, gdy w rodzimych redakcjach dziennikarzy zaczęto zastanawiać się, dlaczego przez tyle dni nie przychodzą oni do pracy...


Te zdarzenie, które jak w soczewce skupiały najbardziej palące problemy współczesnego Peru postanowiłem potraktować, jako osnowę swojej pierwszej książki. (Myśl o tym, by napisać książkę reportażową nie dawała mi wtedy spokoju w dokładnie takim samym stopniu, jak myśl o tym, by pojechać do Ameryki Południowej.) Z Machu Picchu, gdzie o Sendero Luminoso i o Uchuraccay rozmawiałem z Mariem de la Cruz Gonzalesem, natychmiast udałem się do Ayacucho – do miasta, którego nie było na mojej pierwotnej trasie podróży po Peru, a które w tamtym okresie było matecznikiem terrorystów. Krok po kroku, dzięki rekomendacji sympatyzującego z maoistami Maria, zacząłem poznawać Senderystów i ich organizację „Sendero Luminoso”. Oczywiście – w taki stopniu, w jakim było to możliwe dla kogoś przybywającego z zewnątrz, na szczęście – to stanowiło dla mnie niespodziewaną pomoc – przybywającego z państwa komunistycznego.



To wtedy, chyba jeden jedyny raz w życiu, fakt bycia z PRL-u w czymś mi pomógł!

Udało mi się poznać rodziców słynnej, młodocianej terrorystki Edith Lagos.

Dotarłem do więzień, gdzie byli przetrzymywani aresztowani partyzanci.

Poznałem członków komisji rządowej, która została stworzona po to, by
wyjaśnić tło wydarzeń w Uchuraccay.

Rozmawiaem z osobami, które na Universidad de Huamanga, swego czasu pracowały z filozofem Abimaelem Guzmanem – pozostającym wtedy w ukryciu przywódcą Senderystów.

Powoli zaczął się przede mną wyłaniać w miarę kompletny i widziany oczami obu zaangażowanych w nią stron, obraz wojny w Ayacucho. Nawet się nie obejrzałem, a jak z bicza strzelił, minęły trzy miesiące. I musiałem wracać do Europy.

Było mi bardzo szkoda wyjeżdżać z Peru, ale wiedziałem, że robię to głównie po to, by jak najszybciej zebrany w ciagu minionych kilku tygodni materiał wykorzystać do napisania książki. Swojej pierwszej książki! Książki o terrorystach z organizacji Świetlisty Szlak.

Po powrocie do Niemiec, w Saarbrucken, na kolejne trzy miesiące zamknąłem się w akademiku i po 8-10 godzin dziennie uderzałem w klawisze maszyny do pisania (było to bowiem jeszcze w czasach przedkomputerowych). Robiłem to tak intensywnie, że mój sąsiad zza ścianą – Palestyńczyk – wielokrotnie pytał mnie: dlaczego tak hałasuję? Gdy wyjaśniłem, że piszę książkę, nie do końca zrozumiał. Powiedział, że przecież nie muszę całej książki własnoręcznie przepisywać, że w bibliotece uniwersyteckiej są kserokopiarki i posługiwanie się nimi wcale nie jest tak drogie...

Gdy książka, której nadałem tytuł „Pokażcie mi brzuch terrorystki” w 1986 roku, po wielu perypetiach u kilku wydawców, w końcu ukazała się w Polsce (po czym nastąpiły jej liczne tłumaczenia), wysłałem mu jej jeden egzemplarz. Odpisał mi jego brat. Z listu dowiedziałem się, że Walid – mój znajomy z akademika – nie żyje. Że zginął w jednej z akcji terrorystycznej na Bliskim Wschodzie.

Gdy ja w Saarbrucken w jednym pokoju pisałem o terrorystach z Peru, on – być może – za ścianą – przygotowywał akcję terrorystyczną, która później kosztowała go życie.

Oto niespodziewany finał, jaki do mojej pierwszej książki, dopisało życie.
Roman Warszewski Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Na skróty

30 lat jak jeden dzień (część 1)
30 lat jak jeden dzień (część 2)
30 lat jak jeden dzień (część 3)
30 lat jak jeden dzień (część 4)
30 lat jak jeden dzień (część 5)
Rok 2012 w pigułce

Rozmowy z noblistami

Nobel jak stare wino - wywiad z Mario Vargasem Llosą
Wywiad-rzeka z Mario Vargasem Llosą
Noblista z kraju vilcacory
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami w Sztokholmie w 2009r.
Dwie rozmowy z Jean-Marie Gustavem Le Clezio - noblistą z roku 2008
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami z roku 2008

Rozmowy z tuzami polskiej kultury

z Ryszardem Kapuścińskim
z Czesławem Miłoszem
z Andrzejem Szczypiorskim
z ks.Józefem Tischnerem
ze Stanisławem Lemem
ze Sławomirem Mrożkiem

Rozmowy z odkrywcami

z odkrywcą Vilcabamby - Gene Savoyem
z "królem huaqueros" Enrico Polim
z archeologiem prof. K. Makowskim
z etnolożką dr Marią Rostworowską
z tropicielem zaginionych miast- M. ienną
z właścicielem kamieni z Ica- dr J. Cabrerą

Najnowsza książka

Kuba 1958-1959
- Michał Piotrowski o tomie "Kuba 1958-1959"

Najnowszy album

Zielone Pompeje. Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa” (Razem z Arkadiuszem Paulem) (Seria Siedem Nowych Cudów Świata) Fitoherb, 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków

Poprzednie książki

Kongo 1965
- O „Kongo 1965” w „Mówią Wieki” „Che” Guevara, Kongo i HIV
- „Kongo 1965”: uboczne skutki rewolucji
- "Kongo 1965" - opowieść o narodzinach zła
Cuzco 1536-1537
Zdjęcia uzupełniające książkę

- Coricancha

- Ollantaytambo

- Sacsayhuamán

- Recenzja w „Mówią Wieki”

Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas.

- Dorota Abramowicz o książce

- Piotr M. Małachowski o książce

- „Ceviche”

- Ekwador. Niezłe jaja z równikiem

Boliwia 1966-1967

- Aneks osobowy - partyzanci i ich przeciwnicy

- Aneks - chronologia zdarzeń opisanych w książce

- Ewa Opiela o „Boliwii 1966-1967”

- Waldemar Gabis o „Boliwii 1966-1967”

- Maciej Kuczyński o „Boliwii 1966-1967”

Filmy godne polecenia

Garcilasso de la Vega
Na tropie nieznanych zwierząt

*Wywiad z dr Fabianem Michelangelim

Marcahuasi - góra kamiennych gigantów
Życie dla życia
o działalności o. Edmunda Szeligi w Peru
O genezie nazwy Vilcacora - dr Mirez

- przeczytaj więcej...

Preparaty Ojca Szeligi
Q`ero expedition 2007
Zobacz więcej >>

Kontakt

Formularz kontaktowy
Roman Warszewski na facebooku

Przyjaciele

Operuję w Peru - blog
Kochamy Peru
All inclusive
Sunshine Peru Travel
Ekopartner
Miesięcznik Poznaj Świat
Iberoameryka

Polecam

Żyj długo - pismo o zdrowiu
Q`ero Expedition Peru 2007
Herbsecret.pl - vilcacora
Poradnia.pl
Migotania - Gazeta literacka