30. lat jak jeden dzień (2)

Na szlaku Ernesto Che Guevara. „Skrzydlaci ludzie z Nazca” i „Boliwia 1966-1967”

Właśnie mija 30 lat od mojej pierwszej eskapady do Ameryki Łacińskiej. Dziś drugi odcinek podsumowujący te trzy dziesięciolecia latynoskich peregrynacji.


Moja druga południowoamerykańska wyprawa, która miała miejsce krótko po tym, jak skończyłem pisać książkę „Pokażcie mi brzuch terrorystki” zawiodła mnie znów w regiony andyjskie – tym razem do Boliwii. Ta podróż była zresztą w duęj mierze konsekwencją owej pierwszej książki. Postanowiłem dalej tropić latynoamerykańską współczesność - nie historię, jak to sobie pierwotnie zakładałem. W reporterskich podróżach często bowiem tak się układa, że rzeczy najciekawsze i najbardziej frapujące dzieją się tam, gdzie wcale ich się nie spodziewamy. Najciekawsze bywa często to, co zdarza się niespodziewanie; to, czego wcale tak naprawdę nie szukaliśmy.

Moje reporterskie wędrówki po Ameryce Łacińskiej tę prawidłość jak najbardziej potwierdzają. Ważne jest, by wędrując po świecie stale być otwartym na ludzi, których się spotyka i na to, co dzieje się wokół. Jakiegoś sobie założonego planu (choć taki zawsze warto mieć) nie sposób się bezwzględnie sztywno trzymać. Rzeczywistość jest bowiem znacznie bogatsza i ciekawsza niż to, co przed wyjazdem jesteśmy w stanie sobie założyć i zaplanować.

Tym razem, w Boliwii, też tak było. Najpierw pociągiem (żółtym, peruwiańskim), potem autobusem (brązowym), potem znowu pociągiem (tym razem niebieskim, bo już boliwijskim) udałem się do La Paz, a potem jeszcze dalej na południe, w okolice Santa Cruz de la Sierra, gdzie z „Dziennikiem z Boliwii” w ręce, piechotą – dokładnie jak w latach 1966-67 robili to partyzanci – postanowiłem przejść bojowy szlak ostatniej kampanii zbrojnej słynnego Argentyńczyka, a Kubańczyka z wyboru, Ernesto Che Guevary.

Guevara – jak wiadomo - był (i jest) jedną z największych latynoskich legend. W drugiej połowie XX wieku nie było na świecie jednego ruchu partyzanckiego i powstańczego, który by się na niego nie powoływał lub w jakiś sposób doń się nie odnosił. Nie byłoby ani Tupamaros, ani Accion Direct, ani (później) Sandynistów, czy też Senderystów z Peru. Wszyscy partyzanci, terroryści, wszyscy współcześni idealiści, w mniejszym lub większym stopniu właśnie u Ernesto Guevary doszukiwali się swoich korzeni. Interesując się Sendero Luminoso i pisząc o tej organizacji, nie można było nawet na chwilę zapomnieć, że niespełna ćwierćwieku wcześniej w Ameryce Południowej działał ktoś taki, jak Che. Człowiek, któremu zdawało się, że wszystko jest możliwe. Że wszystkiego można dokonać - pod warunkiem, że wytrwale się do tego dąży i bardzo się tego chce.

Właśnie dlatego ruszyłem na południowo-boliwijski szlak, gdzie rozegrał się ostatni akt i etap niezwykłego i jakże kontrowersyjnego życia Guevary. Tak jak on sam skupiał w sobie, w swojej postaci, wszystkie najważniejsze polityczne i filozoficzne dylematy drugiej połowy XX wieku, tak samo boliwijski etap jego biografii - niczym w pigułce - zawierał kwintesencję jego własnego żywota.

Pisząć o ayakuczańskim Uchuraccay chciałem w owej pojedynczej kropli wody dostrzec odbicie całego peruwiańskiego, a szerzej - andyjskiego uniwersum.

Z kolei zajmując się Che Guevarą – poprzez jego postać - pragnąłem dotrzeć do trzewi najgłębszych dylematów XX wieku.

Po co Guevara w 1966 roku przybył do Boliwii?

Co chciał w tym biednym i zapomnianym niemal przez wszystkich kraju osiągnąć?

Guevara w latach 1957-59, obok Fidela Castro, (mimo że był Argentyńskiem) był najważniejszą postacią rewolucji kubańskiej. To on, dzięki zwycięstwu odniesionemu pod Santa Clara, oddziałom powstańczym otworzył drogę do Hawany. Potem, po obaleniu i ucieczce Batisty – przez lata – uczestniczył w kubańskim eksperymencie, który bez jego udziału przebiegałby i wyglądałby najprawdopdobniej całkiem inaczej. To Guevara kubańską rewolucje spychał maksymalnie na lewo. Dla niego Związek Radziecki był siłą wręcz prawicową. Za jedynych prawdziwych – bliskich swemu sercu – komunistów uznawał Chińczyków Mao tse-tunga. Nic więc dziwnego, że gdy po kryzysie rakietowym i po wprowadzeniu gospodarczej blokady wyspy przez USA, ZSRR stał się jedynym oparciem dla wyspy, na Kubie dla Guevary zaczęło brakować miejsca. Fidel Castro – nie chcąc komplikować sobie stosunków z Moskwą – Guevarę najpierw wysłał do Afryki, do Konga, gdzie jego zadanie miało polegać ratowaniu rewolucji Lumumby; a gdy po kilku miesiącach Che z tamtąd musiał salwować się ucieczką, wymyślił mu drugą samobójczą misję – wzniecenie rewolucji kontynentalnej w Boliwii. W centrum kontynentu, blisko Argentyny – ojczyzny Che, skąd rewolucja mogłaby promieniować na wszystkie strony i zwolna rozsadzać kontynent od środka.

To dlatego w 1966 roku Guevara, wraz z grupką przyjaciół, pojawił się na południu Boliwii. To dlatego – dzięki cichej zmowie wywiadu Kuby, KGB i CIA – został tam jesienią roku następnego uśmiercony.

Po opublikowaniu książki „Pokazcie mi brzuch terorystki” chciałem napisać książkę o ostatniej kampnaii Che Guevary. Książkę o zdradzie, o klęsce lewicowej utopii, o tym, że wielki indywidualista i jednostka (Che) w konfrontacji z establishmentem ze wschdou i zachodu nie miał najmniejszych szans na przeżycie, przetrwanie. Znałem już realia, w jakich toczyła się terrorystyczna wojna w Ayacucho, w Peru. Teraz chciałem poznać didaskalia partyzanckiego dramatu, jaki na przełomie 1966 i 1967 roku rozegrał się na południu Boliwii.

Nie była to łatwa podróż (choć cały czas miałem świadomośc, że trudności z jakimi przed kilkunastu laty na tym samym terenie stanął twarzą w twarz Che były znacznie większe). I mówiąc tak nie mam na myśli uciążliwości samej drogi, lecz to, iż tym razem nie mogłem korzystac z kamuflażu, jaki od czasu do czasu stosowałem w Peru, gdy zbierałem materiały do swojego poprzedniego książkowego reportażu. Nie mogłem udawać, że podróżuje szlakiem prekolumbijskich starożytności, a cały czas tak naprawde rozglądac się na boki. Nie dało się tego robić, bo na południu Boliwii nie było żadnych słynnych zabytków – ani Nazca, ani Paracas, ani Machu Picchu. Była tam jedynie niegościnna „wysoka puszcza” – selva alta, z rzadka rozsiane indiańskie pryzsiółki, nieufnośc ludzi i jeszcze wieksza nieufnośc policji. Pamięć o tym, co właśnie z udziałem Ernesto Guevary rozegrało się tu przed kilkunastu laty nadal była świeża. Co w tej odludnej okolicy mógł robić gringo, taki jak ja? No co? Co mógł robić, jeśli już raz i drugi doradzano mu, by lepiej zwrócił i nie wychylał nosa poza La Paz, no powiedzmy – Cochabambę?, a on wciąż pętał się po tej jałowej ziemi – rozmawiał ze spotkanymi na szlaku ludźmi, robił zdjęcia, coś zapisywał w notesie?

Ile razy siedziałem na niewygodnych, twardych policyjnych zydlach i patrząc prosto w światło nagiej żarówki musiałem odpowiadać na niekończące się pytania o cel mojej pordróży?

Ile razy jako sensację dnia na tym najprawdziwszym końcu świata traktowano mój polski paszport?

Ile razy dziwiono się, jakim cudem udało mi się tak daleko zapuścić w głąb interioru?

Wiele, naprawdę wiele razy. Tak wiele, że w końcu przestałem owe razy liczyć i im się dziwić, choć zawsze odnosiłem wrażenie i wydawało mi się, że ten raz jest razem ostatnim, i że w końcu skończą się żarty i że teraz cierpliwość mundurowych na pewno się wyczerpie. A potem okazywało się, że jednak nie, że znowu raz uśmiechnęło się do mnie szczęście: że mam w bagażu paczkę lud dwie papierosów, które rewidującym mnie policjantom szczególnie wpadły w oko. Lub - że w bocznej kieszeni chlebaka tkwił zgrabny szwajcarski scyzoryk, mogący okazać się bardzo przydatny, na tym odludnym posterunku, do otwierania konserw...

Korzystalem więc z okazji i natychmiast ruszałem dalej. Niepoprawnie i uparcie, jak rozsypane koraliki nizałem na nitkę mojej trasy: Vallegrande, La Higuera, Nancahuasu, Samaipata, Camiri, Vado de Yeso... – miejscowości, przez które Che Guevara wraz ze swym oddziałem przechodził i które wymienia w swym opublikowanym pośmiertnie „Dzienniku z Boliwii”.

Che padł ofiarą spisku – z takim przeświadczeniem opuszczałem południową Boliwię. Ślady kosnpiracji, w którą zaangażowana była CIA, enerdowska STASI i radzieckie KGB (to chyba jedyny wypadek w historii, gdy wszystkie wywiady świata chciały pozbyć się tego samego człowieka!) nadal – mimo upływu czasu – były wurażne i wiodły na Kubę. To Fidel Castro – towarzysz broni Che z gór Sierra Maestra (ten sam, który później wznosił peany na jego cześć, gdy informację o śmierci Che podały już agencje) – był najbardziej zainteresowany, by Guevara (wieczne źródło kłopotów!) bezpowrotnie przepadł w boliwijskich lasach Nancahuasu. W ten sposób Fidel pozbywał się swego największego konkurenta; na dodatek – charyzmatycznego przywódcy, mogącego w porzyszłości stać się dlań zagrożeniem. Dokonywał sprytnego targu: żywego konkurenta wymieniał na martwą legendę. I to na taką, którą – w zależności od własnych interesów – mógł dowolnie kształtować.

Z Boliwii, z La Paz, poleciałem na Kubę. Było jasne, że to właśnie tam znajdował się ostateczny klucz do rozwiązania zagadki Che Guevary. Było też oczywiste, że Fidel Castro nie zechce rozmawiać na ten temat, a jeśli nawet, to i tak nie powie prawdy. (Mimo to złożyłem prośbę o wywiad). Ale inni? Musieli jeszcze żyć ludzie w jakiś sposób zaangażowani w tamte wydarzenia. Należało tylko ich zlokalizować i do nich dotrzeć.

Tu zadanie było jeszcze trudniejsze niż na południu Boliwii. Nie miałem co liczyć na wyrozumiałość kubańskich Strażników Rewolucji. Choć starałem się zachować maksymalną dyskrecję, już po kilku dniach można było domyślać się, jaki jest prawdziwy cel mojego pobytu w Hawanie. Ludziom – niegdysiejszym bliskim współpracownikom Castro i Guevary – z którymi spotykałem się i którym zadawałem dość trudne pytania, milicja zaczęła nagle grozić i deptać po piętach. Rozumiałem, że mam bardzo niewiele czasu, że muszę się spieszyć, że każdy kolejny dzień na wyspie może być moim dniem ostatnim. 9 lipca 1992 roku z hotelu „Metropol” przy hawańskim „maleconie” na oczach kilkudziesięciu gości zostałem wyprowadzony pod eskorta miejscowych Strażników Rewolucji i cały dzień przesiedziałem w czymś w rodzaju aresztu.

Następnego dnia – bez żadnych wyjaśnień (wszka dla mnie wszystko było jasne) – zostałem odwieziony na lotnisko Jose Martiego gdzie odstawiono mnie wprost pod trap wiodący do wnętrza samolotu.

Nie zauważyłem nawet jakie to były linie.

Powiedziano mi, że nie mam się niczym marstwić, bo mój bagaż znajduje się już w luku.

Gdy samolot oderwał się od pasa, byłem przekonany, że po prostu kilka dni wcześniej niż planowałem wrócę do Europy i niezmiernie zdziwiłem się, gdy po niecałych dwóch godzinach, nagle zaczął schodzić do lądowania.

Okazało się, że Kubańczycy tak się spieszyli, że nie zaczekali nawet na lot transatlantycki i czym prędzej (bez ważnego biletu!) zapakowali mnie do pierwszego samolotu, który wylatywał poza Kubę.

Najpierw pode mną, a zaraz potem – przede mną, miałem stolicę Kolumbii - Bogotę.

„Nawet dobrze się składa – pomyślałem – przecież zawsze chciałem tu przylecieć.”

I choć wtedy nie miałem o tym jeszcze zielonego pojęcia, właśnie zaczynała się całkiem nowa przygoda.

A epilog do mojej książki o Che Guevarze znów dopisało życie: jej fragmenty weszły w skład zbioru reportaży „Skrzydlaci ludzie z Nazca”, który wyszedł w roku 2000., natomiast w całości książka nosząca tytuł „Czy przechodził tędy Che?” nigdy się nie ukazała. Najpierw brakowało mi wielu materiałów archiwalnych, mogących podbudować moje przewczucia i intuicje, potem – gdy wiele archiwów otwarto i dostęp do nich zaczął być łatwiejszy – w Polsce zmienił się ustrój i po 1989 roku na długi czas minęło zainteresowanie postacią Guevary. (W tej chwili znów przeżywa ono swój renesans.) Ale w przyrodzie nic nie ginie. Materiały, które na temat Che zebrałem w początku lat 90.- tych posłużyły mi m. in. do napisania całkiem innej książki – historycznego studium „Che Guevara w Boliwii 1966-67”, które w serii Historyczne Bitwy wydawnictwo Bellona ma zamiar opublikować w roku bieżącym.

Choć wiele wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec moich potyczek z Che Guevarą. Pisząc książkę o nim dla Bellony, natrafiłem bowiem na bardzo interesujący, a dotąd nieznany trop, z którego wynika, że - najprawdopodobniej - to właśnie bojownicy Che, którzy w 1965 roku walczyli w Kongu, jako pierwsi przenieśli wirusa HIV z Afryki na półkulę zachodnią. Wątek jest na tyle sensacyjny i interesujacy, iż być może zmusi mnie on do napisania jeszcze jednej książki o Che. Mam już nawet jej roboczy tytuł: „Che Guevara w Afryce i tajemnica AIDS”. Co wskazuje na to, że właśnie tak było? M. in. sugerują to okoliczności w jakich na Kubie umierali powracający z Afryki partyzanci oraz to, iż w czasie swej boliwijskiej kampanii Che najwyraźniej cierpiał na jeszcze inną chorobę niż astma. (Astmatykiem był o dziecka.) Jego tragiczny stan zdrowotny zmusił go w Boliwii m. in. do tego, że w końcowej fazie tamtejszej kampanii dowodzenie coraz bardziej osaczanego oddziały „de facto” przeszło w ręce Boliwijczyka - Intiego Peredo...

Ale nie mogę zbyt dużo zdradzać z książki, która nie została jeszcz napisana. Bo potem, gdy już powstanie, nikt jej nie kupi.

Muszę koniecznie ugryźć się w język.

Nie powiem już ani słowa.
Roman Warszewski Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Na skróty

30 lat jak jeden dzień (część 1)
30 lat jak jeden dzień (część 2)
30 lat jak jeden dzień (część 3)
30 lat jak jeden dzień (część 4)
30 lat jak jeden dzień (część 5)
Rok 2012 w pigułce

Rozmowy z noblistami

Nobel jak stare wino - wywiad z Mario Vargasem Llosą
Wywiad-rzeka z Mario Vargasem Llosą
Noblista z kraju vilcacory
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami w Sztokholmie w 2009r.
Dwie rozmowy z Jean-Marie Gustavem Le Clezio - noblistą z roku 2008
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami z roku 2008

Rozmowy z tuzami polskiej kultury

z Ryszardem Kapuścińskim
z Czesławem Miłoszem
z Andrzejem Szczypiorskim
z ks.Józefem Tischnerem
ze Stanisławem Lemem
ze Sławomirem Mrożkiem

Rozmowy z odkrywcami

z odkrywcą Vilcabamby - Gene Savoyem
z "królem huaqueros" Enrico Polim
z archeologiem prof. K. Makowskim
z etnolożką dr Marią Rostworowską
z tropicielem zaginionych miast- M. ienną
z właścicielem kamieni z Ica- dr J. Cabrerą

Najnowsza książka

Kuba 1958-1959
- Michał Piotrowski o tomie "Kuba 1958-1959"

Najnowszy album

Zielone Pompeje. Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa” (Razem z Arkadiuszem Paulem) (Seria Siedem Nowych Cudów Świata) Fitoherb, 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków

Poprzednie książki

Kongo 1965
- O „Kongo 1965” w „Mówią Wieki” „Che” Guevara, Kongo i HIV
- „Kongo 1965”: uboczne skutki rewolucji
- "Kongo 1965" - opowieść o narodzinach zła
Cuzco 1536-1537
Zdjęcia uzupełniające książkę

- Coricancha

- Ollantaytambo

- Sacsayhuamán

- Recenzja w „Mówią Wieki”

Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas.

- Dorota Abramowicz o książce

- Piotr M. Małachowski o książce

- „Ceviche”

- Ekwador. Niezłe jaja z równikiem

Boliwia 1966-1967

- Aneks osobowy - partyzanci i ich przeciwnicy

- Aneks - chronologia zdarzeń opisanych w książce

- Ewa Opiela o „Boliwii 1966-1967”

- Waldemar Gabis o „Boliwii 1966-1967”

- Maciej Kuczyński o „Boliwii 1966-1967”

Filmy godne polecenia

Garcilasso de la Vega
Na tropie nieznanych zwierząt

*Wywiad z dr Fabianem Michelangelim

Marcahuasi - góra kamiennych gigantów
Życie dla życia
o działalności o. Edmunda Szeligi w Peru
O genezie nazwy Vilcacora - dr Mirez

- przeczytaj więcej...

Preparaty Ojca Szeligi
Q`ero expedition 2007
Zobacz więcej >>

Kontakt

Formularz kontaktowy
Roman Warszewski na facebooku

Przyjaciele

Operuję w Peru - blog
Kochamy Peru
All inclusive
Sunshine Peru Travel
Ekopartner
Miesięcznik Poznaj Świat
Iberoameryka

Polecam

Żyj długo - pismo o zdrowiu
Q`ero Expedition Peru 2007
Herbsecret.pl - vilcacora
Poradnia.pl
Migotania - Gazeta literacka