30 lat jak jeden dzień (5)

Tajemniczy lud Q’ero i Vilcabamba – ostatni bastion Inków

Książki: „Q’ero. Długowieczność na zamówienie”, „Vilcabamba 1572” i – mająca się w tym roku ukazać - „Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas”


Lata współpracy z Ojcem Edmundem Szeligą skonfrontowały mnie z interesującym pytaniem, na które przez lata próbowałem znaleźć odpowiedź. Brzmiało ono: jeśli rośliny lecznicze z Andów i Amazonii miały tak dobroczynny wpływ na organizm człowieka (czego niezaprzeczalne dowody zawarte były w archiwum tego sędziwego salezjanina i czego przykłady – odkąd naturalne preparaty z Ameryki Południowej zaczęły być stosowane w Polsce – coraz liczniejsze były także nad Wisłą), dlaczego średnia wieku wielu peruwiańskich tubylców była zancznie niższa niż w Europie? Jasne, że winić za to można było zacofanie cywilizacyjne, biedę, brak szczepień, głód okresowo występujący na wielu obszarach, czy prymitywne warunki mieszkaniowe, ale czyż w obliczu tego wszystkiego, co było wiadome na temat dobroczynnego wpływu tylu miejscowych roślin na ludzkie zdrowie, nie należałoby się spodziewać, iż w Peru, w ojczyźnie inkaskiej świętej rośliny – vilcacory będą istnieć jakieś wybrane enklawy, gdzie długość życia mieszkańców będzie znacznie odbiegać od tejże średniej pozostałej ludności?

Zacząłem szukać w archiwach, zacząłem w Peru na ten temat rozpytywać. Po jakims czasie okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła, że rzeczywiście tak jest. Że w Ekwadorze istnieje dolina, w której mieszka rekordowa liczba stulatków i że w Peru znane jest pewne wysokogóskie plemię, którego przedstawiciele dożywają 110-115lat. Lud ten zwał się Q’ero i żył ponoć gdzieś w cieniu liczącego około sześciu tysięcy metrów masywu Ausangate. Jednak dokładnie gdzie – tego nikt dokładnie nie wiedział. Plemię to bowiem od całych stuleci unikało kontaktu z cywilizacją i w miarę, jak cywilizacja – wraz ze swym postępem – zbliżała się do ich siedzib, swe wioski przenosił dalej i dalej w głąb sierry...

Im więcej dowiadywałem się na temat tego plemienia (i im bardziej było dla mnie jasne, że na jego temat w zasadzie nic konkretnego nie wiadomo), tym bardziej oczywiste stawało się, że powinienem do niego dotrzeć. Było to jedno z takich wyzwań, jakie lubię najbardziej. Najpierw coś wydaje się niemożliwą do zrealizowani mrzonką, czymś niemożliwym do osiągnięcia, ale z biegiem czasu okazuje się, że do tego dalekiego, nieosiągalnego (z pozoru) celu, są jakieś ścieżki dojścia. Tym razem było podobnie.

Okazało się, że jeden z uczniów ojca Edmunda Szeligi – internista i onkolog

dr Felipe Mirez z Limy, przed laty kilka razy docierał do wiosek ludu Q’ero. Było to jednak wiele lat temu i było oczywiste iż te indiańskie przysiółki, w których on kiedyś gościł, już nie istnieją. – Pewnie też ludzie, z którymi doktor wtedy się stykał, też już nie żyją? – zagadnąłem w czasie spotkania, na które umówiłem się z nim w Limie.

- Nie żyją? – Mirez obruszył się. – Żyją, i to na pewno. Ci Indianie, ci Q’ero, żyją po 110-120 lat!

Trudno było mi w to uwierzyć. Z drugiej strony Mirez zdawał się być kimś wiarygodnym. Praktykujący, wzięty lekarza z najlepszej limeńskiej dzielnicy. Widziałem kolejki przed jego gabinetem, czytałem jego publikacje w specjalistycznych czasopismach...

Nie było wyjścia, trzeba było przekonać się na własne oczy. Trzeba było do Indian Q’ero pojechać i dotrzeć. Tylko... – jak to zrobić, skoro wiadomo tylko w bardzo dużym przybliżeniu, gdzie należało ich szukać...

W roku 2007 zorganizowałem moją trzecią wyprawę eksploracyjną. (Był to chyba mój szesnasty pobyt w Peru.) Jej celem stało się odnalezienie wiosek ludu Q’ero i udzielenie odpowiedzi na dwa podstawowe pytania: czy rzeczywiście Indianie ci żyją tak długo, jak twierdzi się na ich temat. Oraz – jeśli rzeczywiście tak jest – dlaczego tak się dzieje? Co decyduje o tym, że akurat oni żyją tak długo?

W skład wyprawy wszedł m.in. lekarz – internista Jacek Belczewski, który już poprzednio był ze mną w Ameryce Południowej i którego zagadka ludu Q’ero zainteresowała w podobnym stopniu, jak mnie. Jechał z nami też fotografik Darek Szmidt (bo chcieliśmy możliwie wszechstronnie zdokumentować dzień powszedni tego zagubionego wśród gór ludu) oraz filmowiec i informatyk – Wojtek Godek. Pomysł był taki, by Indian tych przebadać (miał się tym zająć lekarz) i uzyskać ich podstawowe parametry zdrowotne, a także – by w miarę postępu ekspedycji – przy pomocy telefonu satelitarnego na bieżąco przesyłać relacje do redakcji „Super Ekspresu”, który był jednym z patronów medialnych naszego przedsięwzięcia. W Cuzco, w Peru, miał dołączyć do nas antropolog Oswaldo Gonza Arcondo.

Pojawił się też pomysł, jak Indian tych można odnaleźć, nie dysponując żadnym ich konkretnym adresem. Wiedziałem, że krótko przed obchodami Bożego Ciała, w cieniu masywu Ausangate odbywa się wielkie indiańskie święto Qoyllor Riti, na które na lodowiec Sinakara z całego Peru przybywa 70-80 tys. Indian. Było jasne, że jeśli Q’ero mieszkali gdzieś w okolicy Ausangate, też na tę wielką fiestę winni przybyć. Trzeba ich było w tym wielotysięcznym tłumie odszukać, przekonać ich do siebie, a następnie udać się wraz z nimi do ich wiosek.

Tak też zrobiliśmy. Po przybyciu do Cuzco, najpierw ruszyliśmy na obchody święta Qoylor Riti na lodowiec Sinakara (z lodowca tego Indianie wykrawali wielkie bloki lodu – dla nich: świętego lodu, który następnie transportowali oni na swe pola, gdzie lód miał roztapiać się i gwarantować dobre plony). Droga z Cuzco nie była zbyt daleka, była za to wyczerpująca. Jak to w Peru, na stosunkowo krótkim dystansie trzeba było pokonać bardzo duże różnice wysokości. Szliśmy szlakiem, którym do Qoyllor Riti podążały dziesiątki tysięcy Indian. Tak wielka ich liczba z jedej strony nas przerażała, z drugiej – radowała. Wiedzieliśmy, że wśród tego tłumu, wśród tej indiańskiej ciżby, na pewno są również poszukwiani przez nas Indianie Q’ero.

W końcu do Qoyllor Riti dotarliśmy. Tubylcze obozowisko w dolinie wypełniało całe jej dno. Indianie rozstawiali namioty, lub obozowali na gołej ziemi, na której rozkładali wełniane koce lub plastikowe folie. Byliśmy na wysokości około 4800 metrów nad poziomem morza. W ciągu dnia, w słońcu, temperatura dochodziła do 30 stopni, ale w nocy spadała do minus dziesięciu... Z trudem przechodziliśmy aklimatyzację. Amplituda temperatur oraz wysokość dawały się we znaki. Przecież dopiero przed czterema dniami przylecieliśmy z Europy i natychmiast wykonaliśmy taki niewiarygodny skok na głęboką wodę – a właściwie: na taką wysokość. Ale nie tylko my cierpieliśmy. Na tej wysokości, po przybyciu z niższych terenów, męczyli się także Indianie. Wielu z nich mdlało i traciło przytomność. Jacek Belczewski – nasz lekarz – mimo że sam czuł się nienajlepiej, raz i drugi musiał im udzielać pomocy. Raz i drugi dzięki niemu Indianie wstawali na nogi. I szybko, w tym indiańskim tłumie, zyskał sławę niezwykle skutecznego, białoskórego czarownika...

Skutek był taki, że nasze namioty chętnie zaczęli odwiedzać Indianie. Rozpuściliśmy więc wici, że poszukujemy Indian Q’ero. Nie trwało długo, gdy w naszym, składającym się z 4 namiotów miniobozowisku pojawił się nasz pierwszy Indian Q’ero: bosy, niski, w charakterystycznym, brązowawym ponczo i w równie charakterystycznym – „chullo”: wełnianej czapeczce. Indianinowi temu powiedzieliśmy, kim jesteśmy i że chcemy dotrzeć do wiosek jego plemienia. Mimo że tego się obawialiśmy, on nie oponował. Zainteresowały go umiejętności lecznicze Jacka, a że – jak twierdził – wśród Q’ero jest wielu znakomitych czarowników, uznał, iż nasza wizyta w jego krainie mogłaby być wielce pożyteczna. I... zaprosił nas do Kraju Q’ero! Mało tego, obiecał, że pomoże nam tam poruszać się od wioski do wioski.

Tak też się stało. W towarzystwie Luisa Machacca – bo tak ów Indianin Q’ero z Qoyllor Riti się nazywał – po przekroczeniu przełęczy Waya-waya przez blisko 3 tygodnie wędrowaliśmy po tych odległych ziemiach: gdzie nie ma dróg, gdzie jedynym środkiem komunikacji są muły i konie; gdzie krajobraz jest tak bezludny i dzki, że można odnieść wrażenie, że jest się na całkiem innej planecie. Jacek – nasz lekarz, miał pełne ręce roboty. Codziennie otwierał swoją „przenośną” przychodnię pod otwartym niebem i przyjmował w niej po kilkudziesięciu pacjentów. Pobierał im krew i nie mógl wyjść z podziwu: mimo że wielu Indian była w bardzo podeszły wieku, mieli oni podręcznikowy poziom cukru we krwi, wzorcowy poziom trójglicerydów i odpowiednie proporcje złego i dobrego cholesterolu.

A jeśli chodzi o wiek... Tu problem był trudniejszy. Bo jak określić wiek konkretnej osoby, jeśli nie ma on ani metryki urodzenia, ani dowodu tożsamości?

Jak to robiliśmy? Po pierwsze – najpierw wysłuchiwaliśmy opinii samych zaintreesowanych na temat ich wieku, a następnie opinie te staraliśmy się wersyfikować w sposób historyczny. W związku z tym, że byliśmy na terenie, na który nie docierała telewizja satelitarna i gdzie jedynym źródłem informacji były ustne przekazy oraz własna pamięć, staraliśmy dowiedzieć się, jak wyglądały wspomnienia z dzieciństwa osób, które twierdziły, że miały 110-115 lat. I co się okazywało? Że Indianie pamiętali wydarzenia, które w okolicach Cuzco rozgrywały się w końcu XIX wieku: czy to powstania chłopskie, czy to dramatyczne trzęsienia ziemi. Był rok 2007, oni natomiast relacjonowali to, co działo się, gdy mieli po kilka lat, a co musiało rozgrywać się w 1895, 1898 roku. Albo nawet wcześniej! Po podliczeniu okazywało się, iż ich twierdzenie, że mają po 110-120 lat może mieć realne podstawy; że rzeczywiście mogą liczyć tyle lat, jak twierdzili.

Dzięki czemu?

Kolejne ważne pytanie. Na pewno dzięki czystości zapomnianego przez cywilizację środowiska i odpowiedniej, niskokalorycznej diecie. Ale prawdopodobnie nie tylko. Jak się dowiedzieliśmy – i co wprawiło nas w prawdziwe zdumienie – także dzięki pewnemu planowi, który zaczął być wcielany w życie w końcu XVI wieku i którego skutki – w postaci długowieczności Q’ero – widoczne są do dziś.

Jak wynika z opowieści Q’ero, w końcu XVI wieku, gdy upadła ostatnia inkaska stolica Vilcabamba, pojawił się wśród nich wojownik, który twierdził, iż – skoro Indianie nie są w stanie konkwistadorów pokonać na polu bitwy, to przynajmniej powinni spróbować zyskać nas nimi przewagę, wydłużając swoje życie. Indianin ten – znany do dzis pod imieniem Paucar – miał zainicjować sprowadzanie na andyjskie wyżyny życiodajnych roślin z selwy.

W sterylnych warunkach, na niebotycznych wysokościach, w jego przekonaniu miały one Indianon zagwarantować niezwykłą tężyznę i zdrowie. To imię – Paucar – nie było mi obce. Znałem je z hiszpańskich kronik. Wielokrotnie o dzielnym wojowniku Paucarze w swym fundamentalnym dziele „The Conquest of the Incas” pisał znany historyk John Hemming. W szeregach Inków walczących w okolicach Vilcabamby, Paucar był zawsze wielkim radykałem, potem jednak ślad po nim całkowicie ginął. Co się z nim stało?

Czy był to może ten sam Inka Paucar, o którym pamięć przetrwała pośród Indina Q’ero?

Postanowiłem to sprawdzić. Koniecznie, bo nagle pewien pomysł zaczął mi chodzić po głowie... Najpierw napisałem książkę „Q’ero. Długowieczność na zmaówienie” o wyprawie do krainy Q’ero, a w roku następnym – 2008 – zorganizowałem kolejną, już czwartą wyprawę eksploracyjną. Tym razem na wschodnią, porosniętą tropikalnym lasem rubież państwa Inków – do ostatniej, odkrytej przez Gene’a Savoya dopiero w 1964 roku, inkaskiej stolicy: Vilcabamby.

Czy wśród Indian zamieszkujących okolice tego ostatniego inkaskiego bastionu zachowała się – jak w kraju Q’ero - jakaś pamięć o niejakim Ince Paucarze? A jeśli tak – to jaka? Czy – ewentualnie – te dwa fragmenty układanki sprzed wieków mogą do siebie pasować?

I w sierpniu 2008 roku, po kilkudniowym przedzieraniem się dolinami u stóp Kordyliery Vilcabamba stanąłem pośród resztek murów Vilcabmaby – murów, których pośród wiecznie zielonej amazońskiej dżungli w zasadzie prawie nie widać. Drugiego dnia pobytu w zapomnianej inkaskiej stoilicy, wędrując pośród prastarych drzew i prastarych kamieni, usłyszałem charakterystyczny, jakby elektryczny odgłos wydawany przez jakiegoś ptaka.

- Jaki to ptak? – zapytałem przewodnika.

- To grubodzioby ptak, na którego mówimy tu „paucar” – usłyszałem odpowiedź. – Przylatuje tu okresowo. Lata stąd do Ekwadoru, a przed początkiem pory deszczowej do nas powraca.

Najpierw zaniemówiłem z wrażenia

- A czy nazwaliście go tak może na cześć... Inki Paucara? – zapytałem nieśmiało po chwili.

- Tak, rzeczywiście. Skąd wiesz? Czy już tu kiedyś byłeś?
Nie byłem, ale w myślach tak od dawna spekulowałem. Bo zanim przyjechałem do Vilcabmaby w Peru, przypomniałem sobie, co opowiadano mi o dolinie Vilcabamby w Ekwadorze. I zacząłem zastanawiać się, czy istnieje jakiś związek między Vilcabambą peruwiańską i ekwadorską Doliną Vilcabamby. Czy ewentualnym ogniwem łączącym te oba miejsca mógłby być własnie Inka Paucar, wszak.... ekwadorska Vilcabamba tak samo jak Kraj Q’ero słynna była z żyjących tam po dziś dzień stulatków.

W mojej głowie powstała hipoteza, że Dolina Vilcabamby z Ekwadoru mogła zostać tak nazwana na cześć pokonanej przez Hiszpanów w 1572 roku Vilcabamby peruwiańskiej, i że pomysłodawcą tej nazwy mógł być Inka Paucar; ten sam, który Indian Q’ero skłonił do sprowadzania roślin leczniczych z dżungli, by mogli żyć dłużej niż Hiszpanie.

Tak więc – niewiele się namyślając – z Vilcabamby w Peru, pojechałem do doliny Vilcabamby w Ekwadorze. Odwiedziłem słynną tamtejszą dolinę stulatków i przekonałem się, że rzeczywiście jest ich tam znacznie więcej niż mogłoby wynikać z rachunku prawdopodobieństwa.

Ponadto w Ekwadorze powiedziano mi, że długowieczność tamtejszych stulatków wiązać należy z wodą. Tymczasem na brzegach rzeczki przepływającej przez dolinę Vilcabamby natrafiłem na prastare kamienne filtry, które niegdyś były wypełniane roślinnym suszem, do dziś będącym tam sprzedawanym w postaci torfu, mającego gwarantować wieczną młodość...

Ostatnie ogniwo roboczej hipotezy zostało więc domknięte. To, co w kraju Q’ero Inka Paucar wprowadzał jako coś dobrowolnego, w Ekwadorze działo się już niejako przymusowo: bo każdy kto mieszkał w Dolinie Vilcabamby musiał czerpać wodę z rzeki. Musiał więc ją pić wzbogaconą o ekstrakty z suszu, który wypełniał miejscowe filtry...

Dowodów, że właśnie tak było, wędrując z Vilcabamby w Peru do Vilcabamby w Ekwadorze, nazbierałem znacznie więcej. Nie miejsce to, by o nich wszystkich mówić. W ich świetle, Inka Paucar – dawny dzielny bojownik spod ostatniej inkaskiej stolicy, jawi się jako istny inkaski Mojżesz, który część ludu pokonanego przez Hiszpanów z Peru przeprowadził do Ekwadoru.

Stulatkowie z ekwadorskiej Vilcabamby i stulatkowie z kraju Q’ero są, w rzeczywistości, dwoma połówkami tego samego jabłka, tej samej pomarańczy. Są dowodem na istnienie pewnego dalekosiężnego planu z przeszłości, którego rezultaty, w postaci długowieczości dwóch oddalonych od siebie o dwa tysiące kilometrów enklaw, przetrwały do dziś.

O tym będzie moja następna książka. Po „Vilcabambie 1572” – historycznym studium, jakie ukazało w 2010 roku w Bellonie w serii Historyczne Bitwy, moja druga książka o Vilcabambie. Nosić będzie tytuł „Wyprawa Vilcabamba- Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas”. Ukaże się jesienią tego roku. Już teraz serdecznie zapraszam do jej lektury.
Roman Warszewski Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Na skróty

30 lat jak jeden dzień (część 1)
30 lat jak jeden dzień (część 2)
30 lat jak jeden dzień (część 3)
30 lat jak jeden dzień (część 4)
30 lat jak jeden dzień (część 5)
Rok 2012 w pigułce

Rozmowy z noblistami

Nobel jak stare wino - wywiad z Mario Vargasem Llosą
Wywiad-rzeka z Mario Vargasem Llosą
Noblista z kraju vilcacory
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami w Sztokholmie w 2009r.
Dwie rozmowy z Jean-Marie Gustavem Le Clezio - noblistą z roku 2008
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami z roku 2008

Rozmowy z tuzami polskiej kultury

z Ryszardem Kapuścińskim
z Czesławem Miłoszem
z Andrzejem Szczypiorskim
z ks.Józefem Tischnerem
ze Stanisławem Lemem
ze Sławomirem Mrożkiem

Rozmowy z odkrywcami

z odkrywcą Vilcabamby - Gene Savoyem
z "królem huaqueros" Enrico Polim
z archeologiem prof. K. Makowskim
z etnolożką dr Marią Rostworowską
z tropicielem zaginionych miast- M. ienną
z właścicielem kamieni z Ica- dr J. Cabrerą

Najnowsza książka

Kuba 1958-1959
- Michał Piotrowski o tomie "Kuba 1958-1959"

Najnowszy album

Zielone Pompeje. Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa” (Razem z Arkadiuszem Paulem) (Seria Siedem Nowych Cudów Świata) Fitoherb, 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków

Poprzednie książki

Kongo 1965
- O „Kongo 1965” w „Mówią Wieki” „Che” Guevara, Kongo i HIV
- „Kongo 1965”: uboczne skutki rewolucji
- "Kongo 1965" - opowieść o narodzinach zła
Cuzco 1536-1537
Zdjęcia uzupełniające książkę

- Coricancha

- Ollantaytambo

- Sacsayhuamán

- Recenzja w „Mówią Wieki”

Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas.

- Dorota Abramowicz o książce

- Piotr M. Małachowski o książce

- „Ceviche”

- Ekwador. Niezłe jaja z równikiem

Boliwia 1966-1967

- Aneks osobowy - partyzanci i ich przeciwnicy

- Aneks - chronologia zdarzeń opisanych w książce

- Ewa Opiela o „Boliwii 1966-1967”

- Waldemar Gabis o „Boliwii 1966-1967”

- Maciej Kuczyński o „Boliwii 1966-1967”

Filmy godne polecenia

Garcilasso de la Vega
Na tropie nieznanych zwierząt

*Wywiad z dr Fabianem Michelangelim

Marcahuasi - góra kamiennych gigantów
Życie dla życia
o działalności o. Edmunda Szeligi w Peru
O genezie nazwy Vilcacora - dr Mirez

- przeczytaj więcej...

Preparaty Ojca Szeligi
Q`ero expedition 2007
Zobacz więcej >>

Kontakt

Formularz kontaktowy
Roman Warszewski na facebooku

Przyjaciele

Operuję w Peru - blog
Kochamy Peru
All inclusive
Sunshine Peru Travel
Ekopartner
Miesięcznik Poznaj Świat
Iberoameryka

Polecam

Żyj długo - pismo o zdrowiu
Q`ero Expedition Peru 2007
Herbsecret.pl - vilcacora
Poradnia.pl
Migotania - Gazeta literacka