Peru dla zaawansowanych (11)
Huchuy Picchu: najciemniej pod latarnią

Aż niemożliwe, żeby coś słabo znanego można było znaleźć w słynnym i milionkrotnie obfotografiwanym Machu Picchu. A jednak! Okazuje się, że nawet tu wciąż istnieją zakątki tajemnicze i bardzo rzadko odwiedzane. Jednym z nich jest Huchuy Picchu – Mały Szczyt. Dwa niewielkie wzgórki, które mija się po lewej stronie, gdy na złamanie karku gna się ku wznoszącemu się ponad słynnymi ruinami szczytowi Huayna Picchu. To jedno z ostatnich miejsc w obrębie Machu Picchu, gdzie można spokojnie usiąść i bez końca napawać się niezapomnianymi widokami. Bo spośród tysięcy osób, które codziennie odwiedzają Machu Picchu, tu dociera co najwyżej kilka.



Powód jest oczywisty: ruiny Machu Picchu są tak interesujące i tak rozległe, że na Huchuy Picchu zwykle nie wystarcza czasu. Prawda jest bowiem taka, że większość osób na poznanie Machu Picchu ma jeden, najwyżej dwa dni, a najczęściej – tylko kilka godzin. A jeśli chce się wejść na przed chwilą wspomniane Huayna Picchu i jeśli zamierza się pospacerować w ruinach, na cokolwiek innego nie ma już czasu. Poza tym – naprawdę niewiele osób wie, że Huchuy Picchu w ogóle istnieje.



Czym jest Huchuy Picchu?

To dwa skalne garby, które Inkowie w przeszłości starannie obudowali tarasami uprawnymi. Znajdują się one już właściwie poza obrębem właściwych ruin i można przypuszczać, że właśnie stąd pochodziły rośliny, które następnie trafiały na stół samego goszczącego w Machu Picchu inki i towarzyszacych mu arystokratów. Można sądzić, że był to obszar inkaskiej uprawy ekologicznej.

Peru dla zaawansowanych (10)
Cerro Sechin: powiew grozy

Cerro Sechin to dobry przykład tego, co tak naprawdę mogło kryć się za staroperuwiańskimi zabytkami, nad którymi tak często z wielkim podziwem wzdychamy. To mały, ale jakże sugestywny wgląd pod podszewkę dawnej prekolumbijskiej rzeczywistości. Uderzenie obuchem w głowę – w przenośni, ale także jak najbardziej dosłowne. Wgląd, od którego wieje grozą.



Cerro Sechin położone jest w pobliżu Casmy – niewielkiego, nie pozbawionego uroku rybackiego, znajdującego się około 240 kilometrów na północ od Limy. Z „panamericany” skręcić trzeba w głąb pustyni i po około 5 kilometrach jest się na miejscu. To bardzo ważne miejsce. W 1937 odkrył je Julio C. Tello – słynny peruwiański archeolog, o którym Peruwiańczycy mówią dziś „sabio nacional” – narodowy mędrzec. I w określeniu tym nie ma ani krzyty przekąsu, ani sarkazmu, bo Tello – dla peruwiańskiej archeologii – był kimś na kształt Kopernika.



Cerro Sechin jest wytworem kultury Chavin de Huantar – wielkiej kultury–matki, która 1800 lat p.n.e. pojawiła się w starożytnym Peru na styku selwy i sierry: wielkiego lasu i gór. Sechin to – najprawdopodobniej – centrum ceremonialno–ofiarne: miejsce, w którym jakimś nieznanym bóstwom składano ofiary z ludzi. Niewielka piramidalna świątynia otoczona była murem z wielkich kamiennych obelisków i płyt, na których przedstawiono makabryczne sceny. Groźni, uzbrojeni w maczugi wojownicy zadawają na nich śmierć najpewniej jeńcom wziętym do niewoli. Ucinają im głowy (na płaskorzeźbach widać odcięte głowy), wypruwają im flaki (te także widać), wyłupiają oczy (to te owale z kropkami w środku, jakby nanizane na sznurki).

Peru dla zaawansowanych (9)
Paramonga – nie wódka, lecz forteca

Paramonga to nazwa jednej z najtańszych peruwiańskich wódek. Mimo niskiej ceny, jej jakość jest znakomita. U Polaków, którzy przybywają do Peru i chcą wypróbować miejscowe procenty, wzbudza to zwykle ogromne zdziwienie (oraz uznanie). Niewielu jednak wie, że nazwa tej wódki nie jest oryginalna. Że została przejęta; że tak naprawdę Paramonga to wielka nadpacyficzna forteca z cegły „adobe”, położona 201 kilometrów na północ od Limy.

W pasie nadbrzeżnym to niewątpliwie jeden z najciekawszych peruwiańskich zabytków – bardzo monumentalny, dostojny, trochę z zaskoczenia wyrastający z płaskiej jak stół równiny. Mimo że to Peru, nie jest to jednak budowla Inków. Paramonga to twór kultury Chimu. Jej najbardziej na południe wysunięty przyczółek. Zresztą taki, o który inkaski władca Inka Yupanqui toczył zażarte boje. Po co? By podporządkować sobie królestwo Chimu. By otworzyć sobie drogę dalej na północ – do współczesnego Ekwadoru, do Tomebamby (obecnej Cuenki) i do dzisiejszego Quito.



Chimus byli spadkobiercami Miczików. Przede wszystkim byli znakomitymi złotnikami. Ich złote precjoza do dziś stanowią ozdobę słynnego Muzeum Złota z Monterico w Limie i prywatnej kolekcji Enrique Poliego z limskiej dzielnicy Miraflores. Od czasu podporządkownia sobie królestwa Chimu, inkaskie jubilerskie wyroby zdecydowanie zyskały. To właśnie złoto ciągnęło Inków na północ. Także – tamtejsi złotnicy.



Chimus nie wznosili budowli z kamienia. Z ich kraju daleko było bowiem do skał i gór.

Peru dla zaawansowanych (8)
Rumicolca. Jak akwedukt stał się wrotami

Rumicolca, czyli Kamienny Spichlerz, to zabytek z czasów kultury Wari, który następnie bardzo umiejętnie został przejęty i przebudowany przez Inków. To znakomity przykład, w jakim stopniu obie te kultury były z sobą spokrewnione. Jak blisko było jednej do drugiej.
Rumicolca niegdyś należała do zespołu Piquillacty. Gdy dobrze wychylić się z stamtąd, i jak się wie, gdzie patrzeć, ów Kamienny Spichlerz można z łatwością wypatrzeć. Tylko że Rumicolca (nazwa czysto zwyczajowa) tak naprawdę nigdy nie miała nic wspólnego ze spichlerze. Raczej z akweduktem. Bo za czasów kultury Wari, ów wielki wał, był właśnie akweduktem doprowadzającym wodę z sąsiedniego jeziora do pobliskiej Piquillacty.



Jednak w związku z tym, że za czasów Inków Piquillacta już nie była zamieszkiwana, dostarczanie wody do tych ruin nie było Inkom do niczego potrzebne. Więc z dawnego, ogromnego wału, którym górą niegdyś biegła kamienna, prowadząca wodę rynna, uczynili mur przegradzający w poprzek bardzo wąską w tym miejscu Dolinę Cuzco. W ten sposób, od strony, od której dolina była otwarta, zyskała coś w rodzaju rogatek.



Dość niestarannie wykonaną konstrukcję Wari, Inkowie znacznie udoskonalili. Można powiedzieć, że nadali jej nowy blichtr i blask. W całości obłożyli ją kamiennym licem, co uczyniło z niej twór wielce szacowny i monumentalny. Dzięki temu Dolina Cuzco, od południa, gdzie była całkowicie otwarta, otrzymała coś w rodzaju granicy. Znak, że za tym kamiennym murem, zaczynało się Wielkie Inkaskie Cuzco.

Peru dla zaawansowanych (7)
Piquillacta: Cuzco przed Inkami

Piquillacta to duże osiedle kultury Wari – największy preinkaski zabytek na terenie Doliny Cuzco. To znakomity dowód na to, że Inkowie w tym miejscu wcale nie byli pierwsi; że osiedlając się w dolinie, gdzie później miało powstać Cuzco, wstępowali w jeszcze ciepłe buty swych poprzedników.



Tymi poprzednikami był właśnie lud Wari – interesująca i wojownicza kultura, wywodząca się z Ayacucho i blisko spokrewniona z kulturą Tiahuanaco znad jeziora Titicaca. Biorąc pod uwagę, że Inkowie „de facto” przejęli cały dorobek Warich, włącznie z ich drogami oraz pismem węzełkowym „kipu”, można zaryzykować tezę (co zresztą czynię w swej ostatniej książce „Cuzco 1536-1537”), że kultura Wari stanowiła pierwszą, bardziej zamierzchłą fazę rozwoju kultury Inków – tę, o której w swych kronikach wspomina hiszpański mnich Francisco Montesinos. Że tak właśnie mogłoby być, sugeruje istnienie dwóch całkiem różnych mitów założycielskich kultury Inków – ten o Manco Capaku i Mamie Ocllo oraz ten o Pacaritambo i wywodzących się stamtąd braciach Ayarach. Pierwszy z nich w rzeczywistości mógł odnosić się do początków kultury Wari; drugi – do początków właściwej kultury Inków.



Ale wróćmy do Piquillacta. To ogromne i robiące wielkie wrażenie ruiny. Nie kamienne, lecz w całości wzniesione z „adobe” – glinianej cegły suszonej na słońcu. Ale z jakim rozmachem były one sklejane, lepione! Na obszarze 44 hektarów mamy tu cały labirynt ulic, murów, budynków mieszkalnych i magazynów, z których niektóre pięły się na wysokość trzech pięter.

Peru dla zaawansowanych (6)
Ancahuasi – tęcza z kamienia

Inkowie czcili słońce, księżyc, wenus, niektóre gwiazdozbiory (np. Plejady, Oriona), pewne ciemne plamy na rozgwieżdżonym niebie (np. tzw. Lamy), a także tęczę. Inkaska tęcza nie miała jednak nic wspólnego z tęczowym sztandarem, który obecnie powiewa nad Plaza de Armas w Cuzco i który nieraz uznawany jest za inkaską flagę Tawantinsuyu. Czy Inkowie mieli sztandar, tego dokładnie nie wiemy (choć pewnie jakąs flagę posiadali). Jakie kolory mogła ona posiadać? – to też rzecz nieznana. Wszak ów cuzkeński tęczowy sztandar ma znacznie krótszy rodowód. Jako trzepoczący na wietrze symbol ruchów indygenistycznych – a więc takich oddolnych organizacji, które w Peru opowiadały się za powrotem do ludowych i indiańskich korzeni – w środkowych Andach pojawił się dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Jest więc symbolem stosunkowo niedawnym i nowym. Przesuwanie jego rodowodu w zamierzchłą przeszłość, to nic innego jak nachalne chciejstwo.
Ale – jak już wspomniałem – kult tęczy u Inków istniał. Nie była to jednak tęcza wiotka jak sztandar, lecz... twarda jak kamień. Skąd to wiadomo? Ano stąd, że właśnie w Ancahuasi – dosłownie: w Domu Jastrzębia – zachowało się bardzo wyraźne kamienne wyobrażenie tęczy. Dziwne. Przedziwne. Ani płaskie, ani pionowe. Pośrednie. Ukośne – jakby lekko unoszące się nad horyzontem. Dokładnie takie, jak tęcza.



Nietrudno je odnaleźć. Wracając z Tarawasi (o którym niedawno pisałem) do Cuzco, wypatrujemy drogowskazu Ancahuasi, który kieruje nas na lewo od szosy.

Peru dla zaawansowanych (5)
Tipón: inkaskie wiszące ogrody

Gdy do Cuzco dojeżdża się znad jeziora Titicaca, Tipón mija się po prawej stronie. Z głównej drogi trzeba odbić tuż za miejscowością Oropesa. To bardzo sławna okolica. Z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że mieszka tu bardzo wielu wytrawnych czarowników. Po drugie – bo właśnie tu rozciąga się największe peruwiańskie zagłębie „chicharronerii” – knajp, w których serwuje się „chicharron”, andyjski kulinarny specjał. (Patrz: Peru od kuchni.) Trzecim powodem jest samo Tipón.



Gdy Inkowie w 1536 roku zaczęli słynne oblężenie Cuzco, które o mały włos zakończyło się zagładą wszystkich stacjonujących w nim Hiszpanów, wielką niespodziewaną wodną falą zalali równinę, która rozciąga się na południe od miasta. Uczynili tak dlatego, by swe wojska móc koncentrować na innych odcinkach i by utrudnić dotarcie z tamtej strony ewentualnych hiszpańskich posiłków.



Skąd wzięli ową wodę? Właśnie z kamiennych, wodnych instalacji Tipón. Bo Tipón to największy sztucznie nawadniany inkaski ogród. Ogród? Raczej caly ich zespół, kompleks. Kompleks niezwykły – wznoszący się na wielu poziomach, na kilkudziesięciu kamiennych tarasach.
Bo Tipón to najprawdziwsze inkaskie wiszące ogrody.



Nigdzie w Tawantinsuyu nie ma tak starannie wykończonych, tak przemyślanych tarasów uprawnych i nawadniających je kanałów, jak tu.

Można przypuszczać, że miejsce to było podobnym przybytkiem inkaskich agronomów, jak słynące z owalnych tarsów uprawnych Moroy.

Peru dla zaawansowanych (4)
Tarawasi czyli kwiaty z kamienia

Tarawasi to także dość rzadko odwiedzane miejsce. Co najwyżej jego imponujące mury przez sekundę lub pięć migają nam za szybą autobusu, którym albo z Cuzco wyjeżdżamy albo do Cuzco docieramy. I co najwyżej – widząc je – solennie sobie obiecujemy, że koniecznie musimy do nich wrócić, a potem... najnormalniej w świecie o tym zapominamy.

A szkoda. Bo w sumie nie jest to wcale tak daleko. Od Cuzco miejsce te dzieli zaledwie 76 kilometrów. A dojazd jest prosty i łatwy – szosą wychodzącą z miasta na wschód, w kierunku na Abancay.



Jadąc z Cuzco – ruiny Tarawasi znajdują się po lewej stronie szosy, w miejscu, gdzie droga zaczyna ostro opadać ku rzece Apurimac. Z lekko pochylonej pampy rozciąga się stąd wspaniały widok na ośnieżone szczyty Kordyliery Vilcabamby, z których najwyższy – i najbardziej piramidalny – to oczywiście El Salkantay (6271 m n.p.m.).



Oba powyższe stwierdzenia definiują, czym niegdyś było Tarawasi, które w czasach Inków nosiło nazwę Limatambo. (Dziś tak nazywa się niewielka miejscowość zaczynająca się o rzut kamienia na wschód od ruin). Tarawasi było bowiem dobrze ufortyfikowanym „tambo”, strzegącym starej inkaskiej drogi pnącej się na Abra Huillique (3900 m n.p.m.) – na ostatnią przełęcz przed Cuzco. Było też czymś w rodzaju świątyni – platformy ofiarnej, z której (i na której) oddawano cześć widocznym stąd „apus” – ośnieżonym górskim szczytom.



W jaki sposób czczono owe szczyty?
Hiszpańskie kroniki kilkakrotnie wspominają o ceremonii „mocha” - o pokłonach bitych o wschodzie i zachodzie słońca, a także o składaniu ofiar z roślin (liści koki, ziemniaków) oraz z kwiatów.

Peru dla zaawansowanych (3)
Pałac Sayri Tupaca w Yucay

Yucay jest niewielkim miasteczkiem w dolinie Urubamby. Obok Calki i pobliskiej Urubamby, stanowi ulubione miejsce, w którym w sąsiedztwie Cuzco osiedlają się teraz „gringos”, pragnący na stałe pozostać w dawnym kraju Inków. Powodzenie tego miejsca wynika z niespotykanie korzystnego klimatu całej doliny Urubamby, w której leży Yucay. Jest tu więcej słońca, mniej wiatrów, a w porze deszczowej mniej ulew niż w Cuzco. Ponadto – życie jest nieporównywalnie tańsze.



W przeszłości okolice Yucay również były ulubioną częścią – nazwijmy to tak – rezydencyjną Tawantinsuyu. Tu znajdowały się liczne włości inkaskiej arystokracji. Począwszy od Inki Viracochy, przez Pachacuteca, po inkę Sayri Tupaca – jednego z ostatnich władców Królestwa Vilcabamby. Dziś, po większości związanych z nimi zabudowań, nie ma już śladów. Z jednym wyjątkiem.

Jest nim właśnie pałac inki Sayri Tupaca przy Plaza de Armas właśnie w Yucay. Przypomnijmy: Sayri Tupac był synam powstańczego inkaskiego władcy, Manco Inki. Po śmierci swego ojca w 1542 roku, przejął po nim rządy w niepodległej inkaskiej enklawie po drugiej stronie Andów – w Królestwie Vilcabamby. A że gdy do tego doszło był jeszcze nastolatkiem, rządy jego nie były zbyt udane. Jako władca nie potrafił przeciwstawić się naciskającym na Vilcabmabę Hiszpanom: nie umiał ani z nimi walczyć, ani negocjować. Dlatego vilcabambijska inkaska starszyzna przez lata starała się skłonić Sayriego do opuszczenia ostatniej niezaleznej inkaskiej stolicy. Na to samo zresztą – z Cuzco – naciskali Hiszpanie.

Peru dla zaawansowanych (2)
Huchuy Cusco – małe Cuzco

Huchuy Q’osqo (bo tak nazwa ta brzmi w języku keczua) – czyli Małe Cuzco, to przepiękny, choć stosunkowo rzadko odwiedzany kompleks inkaskich ruin położonych na wyżynie Chinchero. Znajduje się on w pobliżu Calki, około 800 metrów ponad dnem doliny Urubamby, nieopodal wioski Lamay. To stamtąd najłatwiej dotrzeć do owego Małego Cuzco. Inną możliwością jest nieco dłuższa wędrówka albo piesza, albo ma końskim grzebiecie drogą wychodzącej z wioski Alpachaca na wschód. Jeszcze inny szlak do Huchuy Cusco rozpoczyna się nieco powyżej Q’enko, koło Cuzco. Idąc nim cały czas na północ i przekraczając 4 przełęcze, z których każda położona jest na wysokości ok. 4000 m npm, po około 5 godzinach trafiamy do Małego Cuzco. Nazwa Małe Cuzco wiele obiecuje. I obietnicę tę spełnia. Usytuowane na szerokim plateau ponad doliną Urubamby (wspaniały widok!) ruiny należą do jednych z najbardziej interesujących miejsc w okolicach Cuzco. To, że niewiele osób o nich wie, a jeszcze mniej je odwiedza, wynika tylko z ich ustronności – z tego, że by do nich się dostać, trochę trzeba się zmęczyć i poświęcić co najmniej jeden cały dzień.



Ale to też Huchuy Cusco wychodzi na zdrowie. Dzięki temu panuje w nim niczym niezakłócona atmosfera braku pośpiechu i spokoju. Gdzieś daleko, w dole, toczy się życie, a tu – nic, dosłownie nic się nie dzieje. Co nawyżej jakiś zabłąkany ptak zakwili i pozwoli byśmy usłyszeli trzepot jego skrzydeł... A przecież niekiedy właśnie o to chodzi.



Są jeszcze dwie inne ważne cechy Huchuy Cusco, które trudno przecenić.

Peru dla zaawansowanych (1)
Sayhuite – najdziwniejszy kamień Andów

Sayhuite to niewielka wioseczka na trasie między Abancay i Cuzco. Położenie ma wielce nieszczęśliwe, krzywdzące.Bo gdy ktoś jedzie z Limy do Cuzco, mijając je, wypatruje już celu podróży; nie w głowie mu wtedy się zatrzymywać. Gdy natomiast ktoś rusza z Cuzco do Limy i ma przed sobą koło dwudziestu godzin w samochodzie, Sayhuite jest położone zbyt blisko początku podróży, by ją przerywać.
Jedynym wyjściem jest wybranie się z Cuzco do Sayhuite specjalnie, na całodzienną wycieczkę. Ale kto tak czyni? Prawie nikt. Bo konkurencja atrakcji, które - będąc w Cuzco - koniecznie trzeba zobaczyć, jest przogromna. Raz kusi to, raz tamto. Raz targ w Pisaq, kiedy indziej jarmark w Chinchero. Albo – nieco dalej – Ollantaytambo ze swą słynna fortecą, albo Maras i jego solne tarasy.
Rezultat taki, że niewiele osób zna Sayhuite. A wielka to szkoda. Bo to, co w Sayhuite można zobaczyć, to... dziw nad dziwy. Niby nic wielkiego – tylko jeden duży kamień, a obok kilka mniejszych, ALE CO TO ZA KAMIENIE!

Uważam, że największy z nich jest najdziwniejszym kamieniem z Andów. I gdy ktoś już się zdecyduje, by go odwiedzić i zobaczyć, na pewno nie pożałuje.
Wiodąca do niego ścieżka pojawia się po około 90 minutach jazdy samochodzem z Cuzco. Od szosy odbija w dół, długim, niespiesznym zakolem. Pylną dróżką, pośród domostw „campesinos” trzeba przejść kilkaset metrów, a potem ów kamień widać jak na dłoni. Z daleka wygląda tak, jakby ktoś zamknął go w klatce, bo wokół kamienia – żeby zapobiec jego dewastacji – już kilkanaście lat temu wzniesiono wysoką metalową barierkę.
Roman Warszewski Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Na skróty

30 lat jak jeden dzień (część 1)
30 lat jak jeden dzień (część 2)
30 lat jak jeden dzień (część 3)
30 lat jak jeden dzień (część 4)
30 lat jak jeden dzień (część 5)
Rok 2012 w pigułce

Rozmowy z noblistami

Nobel jak stare wino - wywiad z Mario Vargasem Llosą
Wywiad-rzeka z Mario Vargasem Llosą
Noblista z kraju vilcacory
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami w Sztokholmie w 2009r.
Dwie rozmowy z Jean-Marie Gustavem Le Clezio - noblistą z roku 2008
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami z roku 2008

Rozmowy z tuzami polskiej kultury

z Ryszardem Kapuścińskim
z Czesławem Miłoszem
z Andrzejem Szczypiorskim
z ks.Józefem Tischnerem
ze Stanisławem Lemem
ze Sławomirem Mrożkiem

Rozmowy z odkrywcami

z odkrywcą Vilcabamby - Gene Savoyem
z "królem huaqueros" Enrico Polim
z archeologiem prof. K. Makowskim
z etnolożką dr Marią Rostworowską
z tropicielem zaginionych miast- M. ienną
z właścicielem kamieni z Ica- dr J. Cabrerą

Najnowsza książka

Kuba 1958-1959
- Michał Piotrowski o tomie "Kuba 1958-1959"

Najnowszy album

Zielone Pompeje. Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa” (Razem z Arkadiuszem Paulem) (Seria Siedem Nowych Cudów Świata) Fitoherb, 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków

Poprzednie książki

Kongo 1965
- O „Kongo 1965” w „Mówią Wieki” „Che” Guevara, Kongo i HIV
- „Kongo 1965”: uboczne skutki rewolucji
- "Kongo 1965" - opowieść o narodzinach zła
Cuzco 1536-1537
Zdjęcia uzupełniające książkę

- Coricancha

- Ollantaytambo

- Sacsayhuamán

- Recenzja w „Mówią Wieki”

Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas.

- Dorota Abramowicz o książce

- Piotr M. Małachowski o książce

- „Ceviche”

- Ekwador. Niezłe jaja z równikiem

Boliwia 1966-1967

- Aneks osobowy - partyzanci i ich przeciwnicy

- Aneks - chronologia zdarzeń opisanych w książce

- Ewa Opiela o „Boliwii 1966-1967”

- Waldemar Gabis o „Boliwii 1966-1967”

- Maciej Kuczyński o „Boliwii 1966-1967”

Filmy godne polecenia

Garcilasso de la Vega
Na tropie nieznanych zwierząt

*Wywiad z dr Fabianem Michelangelim

Marcahuasi - góra kamiennych gigantów
Życie dla życia
o działalności o. Edmunda Szeligi w Peru
O genezie nazwy Vilcacora - dr Mirez

- przeczytaj więcej...

Preparaty Ojca Szeligi
Q`ero expedition 2007
Zobacz więcej >>

Kontakt

Formularz kontaktowy
Roman Warszewski na facebooku

Przyjaciele

Operuję w Peru - blog
Kochamy Peru
All inclusive
Sunshine Peru Travel
Ekopartner
Miesięcznik Poznaj Świat
Iberoameryka

Polecam

Żyj długo - pismo o zdrowiu
Q`ero Expedition Peru 2007
Herbsecret.pl - vilcacora
Poradnia.pl
Migotania - Gazeta literacka