Sztuka zaskakiwania czytelnika

Antoni Pawlak o książce Romana Warszewskiego „Sztuka rozniecania ognia”:

Roman Warszewski to pisarz o intrygującym życiorysie. Z tym, że jest to życiorys intrygujący w zupełnie inny sposób, niż bywa to w najbardziej znanych przypadkach pisarskich życiorysów. Bowiem kolejnych etapów jego życia nie wyznaczają stacje męki izb wytrzeźwień i wszechogarniających kaców.

Nie, to zupełnie inna bajka, inny sposób na życie.

Roman Warszewski urodził się w roku 1959 w Elblągu. I urodził się z pewną ciekawą cechą charakteru. A mianowicie z umiejętnością zaskakiwania innych. Po raz pierwszy udało mu się wszystkich zaskoczyć, kiedy był jeszcze uczniem liceum. Stało się to w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy to Warszewski odczytał pismo rongo-rongo z Wyspy Wielkanocnej. Specjaliści z wielu krajów stawali bezradnie przed fenomenem rongo-rongo, a młody chłopak z (bądź co bądź prowincjonalnego) Elbląga odczytał to tajemnicze pismo.

W ten sposób Warszewski po raz pierwszy zaskoczył wszystkich. Potem to już poszło, niejako automatycznie.

Na początku lat osiemdziesiątych ukończył studia na wydziale handlu zagranicznego Uniwersytetu Gdańskiego. Skończył i postanowił na krótko wyskoczyć do Niemiec. Ale krótki w zamierzeniu wyjazd znacznie się przedłużył, bowiem – tak się akurat złożyło – podczas gdy siedział w Niemczech, w Polsce grupa generałów postanowiła wprowadzić stan wojenny. Warszewski zdecydował, przynajmniej na razie, nie wracać do kraju. Postanowił zostać w Niemczech i wykorzystać nadarzającą się okazję.

Ale jako czasowy emigrant nie poświęcił swego czasu ani zbijaniu majątku, ani działalności politycznej. Zadbał o to, co w sumie dla człowieka najważniejsze – podjął studia na Uniwersytecie Saarlandzkim w Saarbrucken. W dodatku wybrał kierunek, jak na Polaka w tamtych czasach, dość zaskakujący. Mianowicie integrację europejską, co może być dowodem albo na to, że już od wczesnej młodości ulegał irracjonalnym kaprysom, albo też, że wykazał się niezwykłą wręcz intuicją.

Po ukończeniu studiów w Niemczech krótko pracował w Komisji Europejskiej w Brukseli. Po jakimś czasie, chyba zmęczony urzędniczą rutyną, pojechał do Florencji, by obronić pracę doktorską z tego samego tematu, który studiował. Takie swobodne poruszanie się po Europie nie sprawiało mu większych kłopotów, jako że biegle władał kilkoma językami. Niemieckim, hiszpańskim, włoskim, angielskim i francuskim. A także może mniej w Europie potrzebnym narzeczem keczua z sierry Ekwadoru. Ale i ten język wkrótce miał mu się przydać.

Podczas swoich niemieckich studiów wyjechał po raz pierwszy do Ameryki Południowej. To miała być zwykła turystyczna wyprawa, ale widać Warszewski ma w sobie coś takiego, że jego wyprawy turystyczne w znacznym stopniu ukierunkowują, zmieniają jego życie w sposób zasadniczy. I tak było i tym razem, to nie była przejażdżka, to było zrządzenie losu, wola boża, karma. bowiem to właśnie Ameryka Łacińska stała się jego wielką fascynacją, by nie powiedzieć miłością. Do tego stopnia, że większość jego późniejszych książek związanych jest właśnie z tym regionem. A i żonę sobie stamtąd przywiózł.

W połowie lat osiemdziesiątych Warszewski, ku zdumieniu wielu jego przyjaciół, wraca do Polski. Wraca i pracuje jako dziennikarz. Pisuje w wielu czołowych pismach polskich (m.in. w „Polityce”, „Odrze” i „Literaturze”). Pracuje w gdańskich dziennikach. Można by powiedzieć, że po paru latach intensywnego życia wraca do małej stabilizacji. Ale nic bardziej błędnego, przecież Warszewski urodził się ze zdolnością do zaskakiwania otoczenia. Więc zaskoczył. A zaskoczył wszystkich swoim debiutem książkowym.

Pierwsza książka i od razu sukces. „Pokażcie mi brzuch terrorystki” to książeczka wprawdzie niewielka objętościowo, ale fascynująca. Niby reportaż o działającym w Peru ugrupowaniu maoistycznym Świetlisty Szlak. Ugrupowaniu, które przez wiele lat toczyło niezwykle krwawą wojnę z rządem. Mówię „niby reportaż”, bowiem podczas czytania od czasu do czasu, niepostrzeżenie, przenosimy się w rejony najprawdziwszej, świetnie napisanej prozy. I tak do końca nie wiemy, czy obracamy się w świecie reportażu, czy w świecie prozy. A może jesteśmy po prostu na przecięciu gatunków? Niby to książka o konkretnej maoistycznej partyzantce, a jednocześnie głęboka analiza terroryzmu w ogóle. Nic więc dziwnego, że książka wzbudziła wielkie zainteresowanie i wielokrotnie była nagradzana.

Wybitny amerykański znawca problemów międzynarodowego terroryzmu John Sterling napisał o tej książce: „To książka jak brzytwa. Książka jak strzała. Nie przesadzę chyba, gdy powiem, że mało jest pozycji, które z tak brutalną konsekwencją zmierzałyby do swego demaskatorskiego finału i tak śmiało obnażały mechanizmy rządzące przemocą”. A znakomity reporter Ryszard Kapuściński dodaje: „(to znakomicie, w dojrzały i mądry sposób napisany reportaż o jednym z najbardziej pasjonujących zjawisk (…). Ale tym większa wartość książki Warszewskiego – że nie mówi ona tylko o Peru, ale o Ameryce Łacińskiej w ogóle, a także, co bardzo istotne, o kilku zjawiskach, które niepokoją świat współczesny (np. fenomen terroryzmu).

Czy można wymarzyć sobie głośniejszy, ciekawszy, bardziej obiecujący debiut? Wielu moich kolegów po takim debiucie, po przeczytaniu takich recenzji ze swojej książki poszłoby na wódkę i nic więcej w życiu nie napisało, będąc święcie przekonanych o swoim wyjątkowym geniuszu. Ale nie Warszewski.

Po kilku latach przedzielanych kilkoma wyprawami do Ameryki Południowej Roman Warszewski ponownie wszystkich zaskakuje. A mianowicie pisze (tym razem wspólnie z Grzegorzem Rybińskim) książkę „Vilcacora leczy raka”. To opowieść o polskim misjonarzu w Peru, salezjaninie, ojcu Edmundzie Szelidze, który od dziesiątków lat zajmuje się badaniem i upowszechnianiem ziół, które według dawnych Inków miały niesamowite wprost możliwości lecznicze. Wraz z tytułową vilcacorą (Uncaria tomentosa), która według ojca Szeligi, a także wielu autorytetów medycznych na świecie, jest niezwykle pomocna w leczeniu różnych ciężkich chorób, między innymi raka.

I znów sukces – tym razem niebagatelny sukces przede wszystkim rynkowy. Była to bowiem jedna z najlepiej sprzedających się w Polsce książek końca lat dziewięćdziesiątych. Łączny jej nakład nie licząc przekładów na języki obce, sięgnął grubo ponad 600 tysięcy egzemplarzy. A ponadto spowodował głośną w kraju dyskusję, czy vilcacora rzeczywiście ma takie właściwości lecznicze, jak utrzymywali autorzy książki. Głównym oponentem autorów stała się niewielka, choć krzykliwa grupa onkologów. Dyskusja przewaliła się przez całą niemal polską prasę i – myślę – wiele krwi autorom napsuła. Nie zmieniła jednak faktu, że coraz to nowe badania naukowe zdają się potwierdzać wyjątkowe możliwości medyczne ziół andyjskich i amazońskich.

Warszewski poszedł za ciosem i napisał, tym razem już samodzielnie, bez Grzegorza Rybińskiego, książkę „Bóg nam zesłał vilcacorę. Relacje polskich lekarzy”. Jest to relacja z wyjazdu kilku polskich lekarzy do Peru. Lekarze ci, pełni sceptycyzmu, pojechali śladem vilcacory i innych peruwiańskich ziół, o których pisali Warszewski z Rybińskim w swojej poprzedniej książce. To niezwykle interesujący zapis doświadczeń tych lekarzy, zapis zmagania się z uprzedzeniem ludzi nauki do ziół. Zapis powolnego odchodzenia od uprzedzeń pod wpływem faktów. I znowu, bo jakżeby inaczej, sukces rynkowy. Może nie taki wielki, bo nie 600 tysięcy egzemplarzy, a „zaledwie” 300 tysięcy. Ale na polskim rynku książkowym to i tak nakład, o jakim większość piszących może tylko pomarzyć.

Po tych sukcesach Roman Warszewski wydaje następne, dobrze przyjmowane przez czytelników i krytykę, książki (m.in. „Skrzydlaci ludzie z Nazwa” czy „Marcahuasi – kuźnia bogów” – obie poświęcone jego fascynacjom Ameryką Łacińską), kręci filmy dokumentalne, ale jest coraz bardziej niespokojny, czegoś najwyraźniej mu brakuje. Na coś najwyraźniej czeka.

Teraz już wiem na co. Mam bowiem oto przed sobą kolejną jego książkę. Książkę, która niewątpliwie zaskoczy wszystkich jego przyjaciół i czytelników. Zaskoczy, bowiem „Sztuka rozniecania ognia i inne opowiadania” jest czymś w twórczości Romana Warszewskiego nowym. Jest to mianowicie zbiór opowiadań, a więc najprawdziwsza proza. Tak jakby autor pomyślał sobie: no dobrze, odniosłem sukces w reportażu, sukces zarówno artystyczny, jak i rynkowy, to teraz spróbuję czego zupełnie nowego. I spróbował.

Przyznam, że do tej książki Warszewskiego podchodziłem początkowo z nieufnością. Bałem się, że będzie to jego pierwsza wprawdzie, ale dość spektakularna klęska. Po pierwsze dlatego, że reportaż i proza, to jednak zupełnie co innego, zarówno w podejściu do tematu, jak i w samym języku. Nie mamy zbyt wielu reporterów, którzy po udanych doświadczeniach z reportażem swobodnie przeszli do pisania dobrej prozy. Przykład książek Hanny Krall jest raczej wyjątkiem niż regułą.

A drugi powód, dla którego podchodziłem do opowiadań Warszewskiego z rezerwą, spowodowany był moim przeciwko Warszewskiemu buntem, moim sprzeciwem. Nie może być mianowicie tak – myślałem sobie – że istnieje taki facet, co to wszystko czego się tknie, obraca w sukces. Nie może być kogoś takiego chociażby dlatego, że to niesprawiedliwe.

To zawsze trudno przyznać, ale pomyliłem się (na szczęście nie po raz pierwszy w życiu). „Sztuka rozniecania ognia i inne opowiadania” to kolejna fascynująca książka w dorobku tego autora. Te niedługie opowiadanka wsysają czytelnika w niezwykle osobny świat autora. bowiem świat tych opowiadań w niczym nie przypomina świata, który do tej pory penetrował, rozpoznawał i nazywał Roman Warszewski – reporter. to świat tajemnicy, odrealnienia, świat istniejący jakby na progu snu, a więc w takim osobliwym miejscu, gdzie już prawie nie dochodzi jawa, a jeszcze tak naprawdę nie zaczął się sen.

Te wszystkie opowiadania mają podobną konstrukcję. Akcja rozpoczyna się w najzupełniej realnym, otaczającym nas na co dzień świecie. I delikatnie, zupełnie niedostrzegalnie, przechodzi w świat rządzący się, przeważnie zresztą niezwykle okrutną, logiką snu. To przejście między światami jest tak delikatne, że w pewnym momencie czytelnik nie może mieć pewności, czy jeszcze jest w świecie realnym, czy już we śnie. Nie ma widocznych znaków, wyraźnie zaznaczonych miejsc, w których zmienia się dosłownie wszystko. Z logiką na czele.

Powodem przejścia z jednego świata do drugiego może być dosłownie wszystko. Na przykład to, że dzieci niechętnie idące, jak co rano, do szkoły znajdują nagle na swej drodze nieokreślone coś. I wszystko wokół nich powolutku, niedostrzegalnie zaczyna się zmieniać. W świecie Warszewskiego wszystko jest możliwe. Na przykład bohater jednego z opowiadań tak długo hamletyzował, czy wykupić bilet na wczasy na Saharze, aż nie zdążył. Więc, dlaczego by nie, pustynia przyszła do niego, do jego miasta…

I jeszcze jedno. Po raz kolejny, jak przy lekturze „Pokażcie mi brzuch terrorystki”, z niekłamanym zachwytem śledziłem język tej prozy. Bywało że na głos odczytywałem sobie niektóre zdania, by smakować ich gęstość i metaforykę.

Myślę, że „Sztuka rozniecania ognia” nie stanie się przebojem rynku, nie wejdzie szturmem na listy bestsellerów książkowych w Polsce. Ale to przede wszystkim dlatego, że ostatnimi laty przeżywamy coś w rodzaju wtórnego analfabetyzmu. Nikt w Polsce praktycznie nie czyta ani poezji, ani prozy. To doskonale widać po nakładach, w jakich te książki się ukazują. ale – i to może być dla autora pewną rekompensatą – „Sztuka rozniecania ognia” to książka warta tego, by ją przeczytać. I w dodatku przeczytać z satysfakcją.

A Roman Warszewski i tak nas niedługo znowu czymś zaskoczył. Aż boję się czym. Może dramatem? Może tomikiem wierszy? Nie wiem.

Antoni Pawlak
Autor recenzji jest znanym poetą i felietonistą, rzecznikiem prezydenta Gdańska – Pawła Adamowicza

Roman Warszewski Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Na skróty

30 lat jak jeden dzień (część 1)
30 lat jak jeden dzień (część 2)
30 lat jak jeden dzień (część 3)
30 lat jak jeden dzień (część 4)
30 lat jak jeden dzień (część 5)
Rok 2012 w pigułce

Rozmowy z noblistami

Nobel jak stare wino - wywiad z Mario Vargasem Llosą
Wywiad-rzeka z Mario Vargasem Llosą
Noblista z kraju vilcacory
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami w Sztokholmie w 2009r.
Dwie rozmowy z Jean-Marie Gustavem Le Clezio - noblistą z roku 2008
Trzy rozmowy z "medycznymi" noblistami z roku 2008

Rozmowy z tuzami polskiej kultury

z Ryszardem Kapuścińskim
z Czesławem Miłoszem
z Andrzejem Szczypiorskim
z ks.Józefem Tischnerem
ze Stanisławem Lemem
ze Sławomirem Mrożkiem

Rozmowy z odkrywcami

z odkrywcą Vilcabamby - Gene Savoyem
z "królem huaqueros" Enrico Polim
z archeologiem prof. K. Makowskim
z etnolożką dr Marią Rostworowską
z tropicielem zaginionych miast- M. ienną
z właścicielem kamieni z Ica- dr J. Cabrerą

Najnowsza książka

Kuba 1958-1959
- Michał Piotrowski o tomie "Kuba 1958-1959"

Najnowszy album

Zielone Pompeje. Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa” (Razem z Arkadiuszem Paulem) (Seria Siedem Nowych Cudów Świata) Fitoherb, 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków

Poprzednie książki

Kongo 1965
- O „Kongo 1965” w „Mówią Wieki” „Che” Guevara, Kongo i HIV
- „Kongo 1965”: uboczne skutki rewolucji
- "Kongo 1965" - opowieść o narodzinach zła
Cuzco 1536-1537
Zdjęcia uzupełniające książkę

- Coricancha

- Ollantaytambo

- Sacsayhuamán

- Recenzja w „Mówią Wieki”

Wyprawa Vilcabamba-Vilcabamba. Śladami wojownika, którego nie imał się czas.

- Dorota Abramowicz o książce

- Piotr M. Małachowski o książce

- „Ceviche”

- Ekwador. Niezłe jaja z równikiem

Boliwia 1966-1967

- Aneks osobowy - partyzanci i ich przeciwnicy

- Aneks - chronologia zdarzeń opisanych w książce

- Ewa Opiela o „Boliwii 1966-1967”

- Waldemar Gabis o „Boliwii 1966-1967”

- Maciej Kuczyński o „Boliwii 1966-1967”

Filmy godne polecenia

Garcilasso de la Vega
Na tropie nieznanych zwierząt

*Wywiad z dr Fabianem Michelangelim

Marcahuasi - góra kamiennych gigantów
Życie dla życia
o działalności o. Edmunda Szeligi w Peru
O genezie nazwy Vilcacora - dr Mirez

- przeczytaj więcej...

Preparaty Ojca Szeligi
Q`ero expedition 2007
Zobacz więcej >>

Kontakt

Formularz kontaktowy
Roman Warszewski na facebooku

Przyjaciele

Operuję w Peru - blog
Kochamy Peru
All inclusive
Sunshine Peru Travel
Ekopartner
Miesięcznik Poznaj Świat
Iberoameryka

Polecam

Żyj długo - pismo o zdrowiu
Q`ero Expedition Peru 2007
Herbsecret.pl - vilcacora
Poradnia.pl
Migotania - Gazeta literacka