Michał Piotrowski o „Grenadzie 1492”


Iberyjska partia szachów

Rok 1492 był rokiem obfitującym w znaczące wydarzenia historyczne. Wtedy właśnie Krzysztof Kolumb wyruszył na zachód, by odnaleźć oceaniczną drogę do Indii. Zamiast tego odkrył zupełnie nowy, nieznany wcześniej kontynent. Zanim jednak wielki odkrywca wsiadł na pokład swojego flagowego okrętu, był świadkiem innego przełomowego wydarzenia: wojska królowej Izabeli i Króla Ferdynanda zajęły Grenadę. W ten sposób po ośmiuset latach padł ostatni punkt oporu Maurów na Półwyspie Iberyjskim, a jednocześnie – z połączonych sojuszem królestw Kastylii i Aragonii - wyłoniła się na mapie Europy silna i zjednoczona Hiszpania.



Półwysep Iberyjski swoim kształtem przypomina kwadrat. Przy odrobinie wyobraźni moglibyśmy uznać, że jest to plansza do gry w szachy - plansza po której w XV wieku poruszają się najróżniejsze figury. Na północy ustawione są piony „białe” – symbolizujące niewielkie królestwa europejskie – m.in. Kastylię i Aragonię, na południu od ośmiu już wieków dominuj piony „czarne” – Maurowie, którzy przybyli tu z rejonów północnej Afryki. Oba kolory figur mają ten sam cel – wyeliminować przeciwnika i przejąć kontrolę nad planszą.

Idźmy dalej – na iberyjskiej planszy mamy więc królów, skoczków, mamy gońców, mamy strzeliste wieże i zwykłe piony. Jedyna różnica polega na tym, że w tej rozgrywce czasem „białe” by osiągnąć cel biją inne „białe”, a „czarne” – „czarne”.

Trudne światło, czyli dezintegracja negatywna


Dla wydawnictwo Znak napisałem recenzję mini-powieści kolumbijskiego pisarza Tomasa Gonzalesa. Oto ona. Gonzales (rocznik m1950) to jedno z najznakomitszych piór współczesnej Kolumbii, natomiast „Trudne światło” to pierwsza powieść, która ukazuje się w Polsce.

Są zdarzenia, po których nic nie jest już takie samo, jak przedtem – o tym właśnie jest ta książka. Bo oto dzieje się coś, co całkowicie burzy mikrokosmos czyjegoś życia. Co prawda najpierw jest nadzieja, że rozdartą rzeczywistość uda się jakoś scalić, ale szybko okazuje się, że nic z tego. Stało się zbyt dużo, zdarzyło się coś nazbyt dotkliwego. Scalenia, choćby nie wiadomo jak się starać, już nie będzie. Będzie już tylko rozpad. Powolny, ale tym bardziej dotkliwy, bo tym dokładniej ukazujący jego (rozpadu) trzewia.

Jacobo, jeden z trzech synów w rodzinie kolumbijskiego malarza mieszkającego w Nowym Jorku, ulega wypadkowi. Jest on na tyle poważny, że chłopak zostaje kaleką. Bóle, jakie go odtąd nawiedzają, są tak dotkliwe, iż Jacobo decyduje się na eutanazję. Swych cierpień nie jest już bowiem dłużej znieść. Rodzina – będąca świadkiem jego beznadziejnej walki – to akceptuje.

Chory syn w towarzystwie swego brata Pabla via Chicago leci do ośrodka w Portland, w który na własne życzenie ma rozstać się z życiem (cierpieniem). Rodzice – malarz i jego żona Sara – czekają pod telefonem na wiadomość, iż letalny zastrzyk o z góry zaplanowanej godzinie został wykonany. Szanują decyzję syna, ale do ostatniej chwili mają nadzieję, że chłopak w ostatnim momencie wycofa się, że stchórzy.

Maciej Kuczyński o „Kongu 1965” w majowych „Nowych Książkach”


Historia klęski



W miejscu, gdzie Józef Korzeniowski, jakby w proroczym natchnieniu, usytuował swoje „jądro ciemności”, na wschodnich rubieżach Konga – ono rzeczywiście istnieje do dzisiaj! Tam właśnie rozegrała się partyzancka kampania ponad stuosobowego kubańskiego oddziału dowodzonego przez Che Guevarę.

Chciałoby się powiedzieć – ni to farsa, ni dramat, godne dobrego pisarskiego pióra. Ale to nie fikcja literacka, lecz kolejny fragment historii odtwarzany przez Romana Warszewskiego, jak zwykle z pietyzmem i niezrównaną wnikliwością, w wyniku swoistego śledztwa uwzględniającego najszersze tło wydarzeń, ciągi przyczynowo skutkowe, motywacje bohaterów. Strona za stroną autor odsłania skryte kulisy wypadków.

Na początek: jego diagnoza tajemnicy ogromnej politycznej długowieczności Fidela Castro. „Otaczający go bohaterowie historii, z których żywotów – jak długo tylko mógł – ssał to, co było do odessania, odchodzą – a on wciąż niezmiennie trwa. I jest tak nawet w tej chwili, gdy już de facto pół żywy tylko wegetuje za kulisami politycznej sceny w Hawanie”. Jaki ma to związek z wyprawą do Konga –dowiemy się we właściwym czasie. A tymczasem czytamy, że Kongo „jako jedno z nielicznych na świecie, rozwijało się pod prąd – w odwrotnym kierunku. Od lepszego ku gorszemu, od biedy do nędzy, od okrucieństwa do bestialstwa. Przez ostatnie dwa stulecia doświadczyło nie postępu, lecz antyrozwoju (tam, gdzie kiedyś pływały statki, teraz pojawiają się już tylko dłubanki)

Z diabłem przy stole


Życiorys Jorge Salcedo – kolumbijskiego podoficera – ochotnika i speca od telekomunikacji, zdecydowanie przebija curriculum vitae Jamesa Bonda. Nie tylko pod względem podejmowanego ryzyka i dramaturgii. Przede wszystkim dlatego, że życie Salceda nie jest fabułą i fikcją, lecz jest jak najbardziej prawdziwe.

I trwa do dziś. Dodajmy – w przebraniu, w konspiracji, w najgłębszym ukryciu. Gdyby nie to, Salcedo od dawna na pewno by już nie żył. Podobnie jak wielu innych, z których ścieżkami w Kolumbii krzyżowała się jego droga. Ale po kolei.

Jorge Salcedo – główny bohater trzymającej w napięciu książki Williama C. Rempela „Uwikłany” – jest synem kolumbijskiego generała i sam w dzieciństwie pragnął zostać oficerem. Ojciec mu to jednak odradził. Pchnął go w kierunku wykształcenia technicznego. Salcedo junior został więc elektronikiem, specjalistą od telefonii komórkowej. A wojskiem zajmował się „po godzinach” i jako ochotnik dosłużył się stopnia podoficerskiego.

Tak unikatowe wykształcenie spowodowało, iż znalazł się w szeregach osób, które w Kolumbii – w kraju od kilkudziesięciu lat rozrywanym wieloma wewnętrznymi konfliktami – zajmowały się zwalczaniem lewicowej, a właściwie lewackiej partyzantki, ruchu M-19 i partyzanckiej organizacji FARC. Jako osobie znakomicie władającej angielskim (w okresie, gdy jego ojciec jako kolumbijski oficer dokształcał się w USA, on chodził tam do szkoły), powierzono zadanie sprowadzenia do Kolumbii brytyjskich komandosów mogących pomóc w zwalczaniu partyzantów.

"Kongo 1965" - opowieść o narodzinach  zła


Niepowtarzalną zaletą twórczości  Romana Warszewskiego, pisarza, podróżnika i dziennikarza, autora ponad dwudziestu książek, staje się umiejętne łączenie wątków sensacyjnych, badań historycznych i dobrego reportażu podróżniczego. Ten charakterystyczny dla pisarza znak rozpoznawczy można było  m.in. znaleźć  w wydanej przed dwoma laty  "Wyprawie Vilcabamba-Vilcabamba" o tropieniu współczesnych śladów działalności  XVI- wiecznego inkaskiego wojownika Inki Paucara.  
Podobną zabawę w przenikanie gatunków literackich i układanie z nich konsekwentnej, logicznej, a zarazem wciągającej czytelnika opowieści wyraźnie w  ostatnim dziele pisarza, wydanym w Serii Historyczne Bitwy - "Kongo 1965", które poświęcone jest mało znanej wyprawie na Czarny Ląd kubańskiego oddziału, dowodzonego przez Che Guevarę. W jednej chwili poznajemy myśli Fidela Castro w momencie inwazji w Zatoce Świń, by w następnej uczestniczyć w rozmowie autora z "Pombem", dawnym ochroniarzem Fidela. Przenosimy się do Algierii, poznajemy dramatyczną historię Konga, obserwujemy ostatnie spotkanie Che Guevary z żona i dziećmi...
W tym przypadku mamy jednak do czynienia z  wyjątkową książką. Książką, która  tak naprawdę, z długimi przerwami, powstawała przez ponad 20 lat. Dzięki śledczemu zacięciu autora ujawnia ona nowe fakty związane z zaangażowaniem rządu kubańskiego w "eksport rewolucji" i pokazuje, jak Fidel Castro brutalnie eliminował dawnych, bliskich towarzyszy broni. To już by wystarczyło, by zainteresować wymagającego, interesującego się współczesną historia czytelnika.

„Kongo 1965”: uboczne skutki rewolucji


Ernesto Che Guevara – to postać znana na całym świecie. A nawet możnaby rzec: ikona. Tyle że z każdą kolejną dekadą coraz bardziej abstrakcyjna i oderwana od realnego pierwowzoru. Choć dziś niemal każdy potrafi rozpoznać i nazwać charakterystycznego brodacza w berecie z gwiazdą, to wiedzę na temat jego życia posiada coraz mniej osób. Zazwyczaj są to podstawowe informacje: rewolucjonista, urodzony w Argentynie, walczący na Kubie, zmarły w Boliwii. Ale czy Che Guevara kiedykolwiek był w Afryce? Nie, to chyba niemożliwe…

Dlatego okładka nowej książki Romana Warszewskiego może budzić pewne zdziwienie. Bo na pierwszym planie zdobiącej ją ilustracji bez wątpienia widnieje uśmiechnięty Che. W zielonym mundurze, w charakterystycznym berecie i z nieodłącznym cygarem. Tyle że El comandante kroczy na czele oddziału ciemnoskórych partyzantów, zaś tytuł książki wskazuje jednoznacznie miejsce i czas: Kongo 1965.

Jakim cudem jeden z liderów kubańskiej rewolucji znalazła się na czarnym lądzie? I dlaczego jego misja pozostawała ściśle tajna przed, w trakcie i długo po zakończeniu? Wyjaśnienie jest niestety dość skomplikowane i zaczyna się wiele lat przed samą wyprawą.

W 1956 roku Fidel Castro, jego brat Raúl, Che Guevara, oraz niespełna setka partyzantów wylądowała na Kubie by walczyć z reżimem Fulgencio Batisty. Oddział niemal natychmiast po przybyciu na wyspę został zdziesiątkowany. Kilkunastu ocalałych rewolucjonistów schroniło się w niedostępnych górach Sierra Maestra. Wyglądało na to, że plany obalenia dyktatury spełzną na niczym.

O „Kongo 1965” w „Mówią Wieki”
„Che” Guevara, Kongo i HIV


Argentyńczyk Ernesto „Che” Guevara – internacjonalista i zawodowy rewolucjonista – do dziś stanowi symbol dla wszystkich, którzy nie godzą się ze współczesnym porządkiem świata. Jego działalność jest w dużej części znana, jednak pozostało kilka słabo lub w ogóle niezbadanych epizodów. Jednym z nich jest kilkumiesięczna ekspedycja do Konga w 1965 roku. Jej historię przedstawia Roman Warszewski, autor kolejnej wojennej opowieści z serii Bellony „Historyczne bitwy”. Operacja była tak tajna, że nie było pewności gdzie od końca kwietnia do połowy listopada 1965 roku przebywał „Che”. Po odparciu zorganizowanej i sterowanej przez USA interwencji w Zatoce Świń Fidel Castro postanowił przenieść płomień rewolucji do Afryki. Na pierwszy ogień poszła Algieria, gdzie Castro wsparł bronią tamtejszy Front Wyzwolenia Narodowego. Jednak dyktator Kuby mierzył o wiele wyżej i zamierzał o wiele bardziej (wbrew ZSRR), zaangażować się w Afryce. Temu miał służyć rekonesans „Che” Guevary w Kongu. Dla Castro był to też doskonały pretekst, aby pozbyć się argentyńskiego rewolucjonisty, z którym od dawna nie było mu po drodze. Kongijska eskapada nielicznego, ale doświadczonego w wojnie partyzanckiej, oddziału „Che” Guevary zakończyła się fiaskiem: Laurent-Désiré Kabila i jego partyzanci z Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie okazali się materiałem, który po przeszkoleniu mógł się przeciwstawić wojskom prezydenta Josepha Kasavubu; inna sprawa, że interwencja najemników wspieranych przez USA i Belgię pozwoliła Kasavubu utrzymać się przy władzy.
najnowsze < > najstarsze
Roman Warszewski
Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Ostatni album

„Zielone Pompeje.Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa”

(Razem z Arkadiuszem Paulem)
Seria Siedem Nowych Cudów Świata, Fitoherb 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków