Kierunek – nieznane. Wyprawa Tupac Amaru 2009. Śladami Inki Paucara (2)


To gdzieś tu.
Na pewno.
Co do tego, nie ma żadnych wątpliwości.
Ale... z tego jeszcze przecież nic nie wynika.
Gdzie? Konkretnie! Inna informacja nie ma po prostu żadnej wartości!
Stoję, rozglądam się w koło i czuję się bezradny.
Wszystko jasne: To, co nas czeka, to gorsze niż szukanie igły w stogu siana.


1.
Góry. Góry porośnięte dżunglą. Jakby pokryte skłębioną, zieloną sierścią – niektóre szczyty bliżej, inne dalej. Jedne wierzchołki strzeliste, inne kopulaste. Otaczają nas ze wszystkich stron. Tu i ówdzie owiewa je mgiełka, będąca forpocztą nisko przesuwających się chmur. W dole, kilkaset metrów niżej, szumi rzeka.
Gdzie to może być?
Mówienie w dżungli „gdzieś tu” nie ma sensu. W selwie, w gąszczu liczą się i mają jakąś wartość tylko stwierdzenia typu: „chodzi nam o ten, a nie inny kamień” i to pod warunkiem, że ów kamień znajduje się w zasięgu ręki. Ręki – nie wzroku. Bo w dżungli – oprócz gęstwiny – dosłownie nic nie widać. Można przejść w odległości jednego metra od zarośniętego muru i go wcale nie zauważyć. Można frustrować się, że nie jest się w stanie odnaleźć poszukiwanych ruin (namierzonych na przykład okiem kamery z kosmosu) i... – nic o tym nie wiedząc – stać w samym ich centrum.
Nam satelity – niestety – nie pomagają. To, czym dysponujemy, to tylko nieco eksplorerskiego doświadczenia i intuicja. Z globtroterem i pisarzem, Jarkiem Molendą, przedzierając się do ostatniej inkaskiej stolicy – Vilcabamby – byliśmy już tu przed rokiem. To, co wtedy zaobserwowaliśmy i co kilkoma lapidarnymi stwierdzeniami potwierdzili tutejsi Indianie, po 12 miesiącach skłoniło nas do powrotu w to miejsce.

Grobowiec Cheopsa


Jedyna zachowana podobizna Cheopsa
Wiele osób, które wieszczą koniec świata w 2012 roku, poszukuje grobu faraona Cheopsa, co – ich zdaniem – ma odwrócić klątwę wiszącą nad Ziemią. Mam dla nich bardzo złą wiadomość. Nie będące Wielką Piramidą miejsce spoczynku mumii słynnego faraona, dawno już zostało odnalezione.

Już w epoce Ramessydów (XIX dynastia) trzy wielkie piramidy w Gizie pozostawały puste i nie było w nich królewskich mumii. Dla Egipcjan było to nie mniej irytujące niż dla współczesnych pasjonatów starożytności: do tego stopnia, że w okresie saickim (XXVI dynastia), w którym ze szczególnym pietyzmem odnoszono się do wszystkiego, co zostało stworzone w okresie Starego Państwa (a więc w czasach wznoszenia największych piramid), posunięto się do tego, że do piramidy Menkaurego wstawiono całkiem nowy sarkofag.
Można się domyślać, że – w związku z nieobecnością mumii jej prawowitego gospodarza, sarkofag ów zaopatrzono także w jakiś substytut ciała. Gdy w XIX wieku ta wielka kamienna trumna została odnaleziona, zawierała bardzo urozmaicony zestaw ludzkich szczątków – parę nóg, dolną część tułowia, czyjeś żebra i jeszcze jakieś wnętrzności. Ich wiek – metodą radiowęglową – określono na Okres Rzymski. Wydaje się więc, że konsternacja z powodu braku właściwej mumii trwała dalej i szczątki z epoki saickiej w czasach rzymskich jeszcze raz zastąpiono całkiem innym ciałem.

Piramidy – jednak grobowce?
Fakt, iż w żadnej z egipskich piramid nie odnaleziono oryginalnej mumii, każe niektórym twierdzić, iż budowle te, w rzeczywistości wcale nie były pomyślane jako miejsce spoczynku zabalsamowanych ciał królewskich.

W 2012 roku końca świata nie będzie!


Wraz ze zbliżaniem się końca roku, jak bumerang w prasie powracają żelazne tematy: a więc to, iż 23 grudnia w 2012 roku nieuchronnie nastąpi koniec świata. Są ludzie (niektórych z nich nawet znam!) i fundacje (sic!), które próbują na tym zbić niezłą kasę. Tymczasem – żadnego końca świata nie będzie. Powoływanie się przy okazji wieszczenia rychłego końca świata na Majów i książkę Particka Geryla pt „Proroctwa Oriona”, jest jednym wielkim nieporozumieniem.

Nie wiem, czy – jak uważa Geryl - Majowie mieli bliskie związki z Atlantami i prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem. Wiem natomiast, że w kalendarzu Majów – ani w jego wersji rytualnej (tzolkin), ani świeckiej (haab), ani w tzw. Długiej Rachubie, na temat końca świata w momencie wskazywanym przez Geryla nie ma ani słowa, natomiast istnieje wiele zapisów hieroglificznych wykonanych ręką Majów, z których wynika, że świat będzie istniał długo po roku 2012 - co najmniej do roku 9898.

Swoje przekonanie Patrick Geryl opiera na tym, że 23 grudnia 2012 końca dobiegnie majowski cykl czasowy, który rozpoczął się 13 sierpnia 3114 roku przed naszą erą. Odnoszę jednak wrażenie, że nie do końca rozumie on specyfikę kalendarza Majów, a poza tym nie zna treści majowskich inskrypcji, które obieg czterech wielkich kół czasu, jakimi w celu mierzenia jego upływu posługiwali się Majowie, umieszczają w odpowiednim treściowym kontekście.

Nie ma roku zerowego!

Po pierwsze refleksja ogólna – czas w przekonaniu Majów nie płynął linearnie, jak w kalendarzy gregoriańskim, lecz toczył się po okręgu, a w związku z tym nigdy nie było można jednoznacznie powiedzieć, kiedy coś się zaczyna, a kiedy kończy.

Pierwsi Polacy w Puncuyoc


Wyprawa Tupac Amaru 2009. Śladami Inki Paucara

W którym momencie górska ścieżka zamienia się w... kamienne schody, nie mam pojęcia. Jest za wysoko, żeby uwagę zwracać na takie szczegóły. Cóż - prawie cztery tysiące metrów nad poziomem morza, na czwarty, czy piąty dzień po przybyciu w wysokie Andy... To jasne: brak aklimatyzacji zakłóca naszą percepcję i zmysł obserwacji. Wspinając się w na stromą przełęcz, uwagę koncentrujemy przede wszystkim na tym, żeby nie odpaść od ściany i nie polecieć w przepaść. A schody? Schody w pewnym momencie po prostu się pojawiły. I potem już były - do samego końca. Po cel, znajdujący się wysoko na przełęczy.


1.
Owe schody przed wiekami zbudowali Inkowie. Dlatego są one nieco inne niż schody europejskie. To schody z Nowego Świata. Ogromne, cyklopie, ciężkie. Ułożone z kamiennych brył, tak topornych i wielkich, że gdy się po nich idzie, można wziąć je po prostu za skalne rumowisko. Że jest to celowo wzniesiona konstrukcja, widać dopiero z pewnej odległości - z dystansu. Wtedy staje się jasne, że kamienie, po których się stąpa, wcale nie zostały porozrzucane siłami natury, lecz że musiała tu zadziałać ludzka ręka.
Właśnie one – schody w sercu gór - zwróciły uwagę pierwszych odkrywców. Nie Kolumba, Pizarra, czy Orellany; w ich czasach o istnieniu tego zakątka nikt nie miał jeszcze zielonego pojęcia. Mowa bowiem o sercu południowoamerykańskiego interioru. Jeszcze dokładniej - o sercu jego serca. Bardziej surowych i niedostępnych okolic już nie ma.

Śmierć futurologii. Co Stanisław Lem mówił w roku 1997?


W ręce wpadła mi „Awantura na tle powszechnego ciążenia” - książka pióra syna Stanisława Lema, Tomasza Lema. Fascynująca lektura. Lem pokazany od podszewki, od strony dnia codziennego – kaprysów, natręctw, fobii, różnych śmiesznostek. A przy okazji wychodzi na jaw, że syn odziedziczył po Ojcu sporo literackiego talentu i narracyjnych umiejętności.

Lem to gigant polskiej myśli i literatury, nade wszystko jednak – wspaniały filozof. I chyba będzie pamiętany przede wszystkim jako ten ostatni. Szkoda, ze nigdy nie doszło do jego publicznej debaty właśnie na tematy filozoficznej z prof. Leszkiem Kołakowskim. Albo że nikt nie posadził ich przy jednym stole i nie nagrał ich rozmowy (a jeszcze lepiej – całego cyklu rozmów). To byłaby gratka – przeczytać to lub obejrzeć, gdy i jeden i drugi – niestety - już nie żyją.
Swego czasu, pod koniec lat 90. przeprowadziłem wywiad ze Stanisławem Lemem. Ukazał się na łamach „Głosu Wybrzeża” i potem wielokrotnie przedrukowywany, także przez prasę polonijną w USA. Dla tych, którzy podobnie jak ja, sięgają teraz po „Awanturę o prawo ciążenia”, obszerne fragmenty tej rozmowy poniżej przypominam.

Śmierć futurologii

Wywiad Romana Warszewskiego ze Stanisławem Lemem, przeprowadzony w roku 1997.

Czy dziś łatwiej jest przepowiadać przyszłość niż np. dziesięć lat temu?

Przeciwnie. Jak wszystko na świecie i to się skomplikowało. Dzieje się coraz więcej i coraz szybciej, nie zawsze znamy zależności, jakie zachodzą między poszczególnymi ciągami zdarzeń.

Już wiadomo, skąd pochodził pierwowzór mapy Piri Reisa


Czytam przywiezioną z Peru książkę Gavina Menziesa, „1434. El Ano en que una flota china llego a Italia e inicio el renascimiento”. Okazuje się, że w czasie, gdy nie było mnie w kraju, wyszła ona także po polsku i nosi bliźniaczy tytuł: „1434. Rok, w którym wspaniała flota chińska pożeglowała do Włoch i zapoczątkowała renesans”.

To obowiązkowa lektura wszystkich, którzy interesują się Nowym Światem - kontynuacja opublikowanego kilka lat temu tomu „1421. Rok, w którym Chińczycy odkryli Amerykę”. Pozycja niezwykła – nie boję się tego określenia. Rzadko kiedy zdarzają się bowiem dzieła, które w takiej mierze wyjaśniają to, co do tej pory było niewyjaśnione i czynią to w sposób tak przekonujący.
Pamiętam seminaria we Florencji, w których przed laty brałem udział, w czasie których dyskutowano problem: co zadecydowało o tym, iż nagle zaiskrzył renesans i że stało się to akurat w Toskanii? Jako czynniki sprawcze wskazywano wzrost zamożności florenckiego mieszczaństwa, rozwój mecenatu rodu Medici, pojawienie się takich osobowości jak np. Leonardo da Vinci i odkrycie starogreckich tradycji. Konkluzja brzmiała: o narodzinach odrodzenia zadecydowało jednoczesne pojawienie się wszystkich owych elementów. Renesans narodził się między nimi, na ich styku. Jednocześnie jednak było oczywiste, że jest odpowiedź niepełna i niezadowalająca. Brakowało kropki nad „i”. Czynnika decydującego, a nie elementów, które co najwyżej zasługiwały na miano jego tła.
Książka Gavina Menziesa dostarcza tego elementu, którego w owych dyskusjach brakowało: czynnika sprawczego.

Na szlaku inkaskich tajemnic


Polska wyprawa odkrywa w peruwiańskiej dżungli nieznane inkaskie siedziby! Z Romanem Warszewskim – znawcą Ameryki Południowej, pisarzem, podróżnikiem i organizatorem wyprawy Tupac Amaru Expedition 2009, rozmawia Michał Piotrowski

Kiedy rozmawialiśmy kilka tygodni temu, właśnie szykowałeś się do ekspedycji, której celem było odnalezienie w sercu dżungli starożytnego miasta. Czy to się udało?

Właśnie wróciliśmy z Peru – jeszcze nie mogę uporać się z siedmiogodzinną różnicą czasu... Z wyników wyprawy jestem zadowolony, choć – jak zwykle – wszystko poszło całkiem inaczej niż przewidywaliśmy. Jeszcze raz okazało się, że Ameryka Południowa, a zwłaszcza dżungla, są nieobliczalne i nieprzewidywalne. Natrafiliśmy na kilka interesujących nowych znalezisk, które wnoszą wiele nowego do naszej wiedzy o ostatnim okresie walk Inków z Hiszpanami. Ale – generalnie mówiąc – wieloma rzeczami zostaliśmy zaskoczeni...

Co masz na myśli?
W rejonie, w którym prowadziliśmy eksplorację, a które do dalszych poszukiwań wytypowaliśmy w czasie zeszłorocznej wyprawy do Vilcabamby, odnaleźliśmy ślady osadnictwa w postaci fundamentów domostw o podstawach kolistych i prostokątnych. Fundamentom tym towarzyszyły liczne znaleziska pozostałości po ceramice, co wskazuje na intensywność zasiedlenia tego terenu. Dżungla w badanym przez nas miejscu była jednak tak gęsta, a stoki górskie tak strome, iż trudno nam określić, czy mamy do czynienia z dużą aglomeracją, czy tylko z niewielkim osiedlem. W tym roku więcej ustalić się nie dało. Ale już samo stwierdzenie osadnictwa w tym punkcie jest istotne.

najnowsze < > najstarsze
Roman Warszewski
Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Ostatni album

„Zielone Pompeje.Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa”

(Razem z Arkadiuszem Paulem)
Seria Siedem Nowych Cudów Świata, Fitoherb 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków