Drzwi i okna. Tak mało, tak wiele


Trudno o bardziej symboliczne… wycięcie w przestrzeni niż drzwi i okna. Wycięcia w przestrzeni, bo przecież nie obiekty. Antyobiekty?

Drzwi to coś, co łączy, a jednocześnie rozdziela. Co broni, ale także dopuszcza i udostępnia. Bez drzwi nie ma budowli – jest co najwyżej zamknięta bryła.

Drzwi odstraszają, łudzą, zapraszają, napełniają respektem albo zniechęcają lub odstraszają (jeśli na przykład są nabite kolcami, co w średniowieczu niekiedy się zdarzało).

Drzwi to znak przejścia. To znak zapytania: co za nimi jest?, kto jest?, czego nie ma?, kogo niema? To przesmyk, cieśnina „między życiem, a śmiercią – czytamy – światłem, a cieniem, znanym i nieznanym, codziennym, a świętym, tym co świeckie a tym co święte.”

Drzwi mogą być otwarte – dla przyjaciół, zamknięte dla wrogów. Mogą być też w stanie pośrednim – uchylone, niedomknięte. Wtedy stają się znakiem nadziei. Może uda się wejść, przejść, dostać do środka? To chyba drzwi, które spotykamy najczęściej.

Drzwi są przeciwieństwem muru. Psychoanaliza uznaje je za symbol kobiecości. To jakby architektoniczna wagina. Przyjrzyjmy się wrotom katedr. Ile mają fałd, załamań, koronek. Patrzmy dokładnie.

Między drzwiami świątyni, a ołtarzem zachodzi podobny związek jak między obwodem, a środkiem okręgu. Tak twierdzi m.in. Kopaliński. Oba te elementy, jakkolwiek najbardziej od siebie oddalone, są sobie paradoksalnie najbliższe. Podobna jest relacja między drzwiami a oknem. Są sobie przeciwstawne, a jednocześnie najbardziej pokrewne.

Elżbieta Dzikowska w "Kontynentach" o tym, jak razem ze mną, po 41 latach ponownie dotarła do ostatniej stolicy Inków - Vilcabamby


W najnowszym numerze kwartalnika "Kontynenty" – spadkobiercy dawnego miesięcznika noszącego ten sam tytuł - w artykule "Vilcabamba raz i drugi", znana podróżniczka (i nie tylko!) Elżbieta Dzikowska pisze o tym, jak razem ze mną w czerwcu tego roku znów dotarła do dawnej ostatniej stolicy Inków - Vilcabamby. Przypomnę, że w podróż tę wybrałem się z Elżbieta, bo od pewnego czasu piszę jej biografię, a jej powrót do Vilcabamby po 41 latach po jej pierwszym pobycie w tym ważnym, historycznym miejscu, jest istotnym elementem tej książki.

Elżbieta w swym artykule koncentruje się na swej pierwszej podróży do Vilcabamby, ale na temat naszej wspólnej podróży także sporo opowiada. Czytamy tam m.in.:


Czterdzieści lat temu i trochę więcej, kiedy prowadziłam dział Ameryki Łacińskiej w ówczesnym miesięczniku Kontynenty, otrzymałam list od 16-tetniego ucznia z Elbląga. Zwierzał mi się, że zamierza rozwiązać zagadkę rongo-rongo - pisma z Wyspy Wielkanocnej. (...) [A] kiedy kilka lat temu ambasada Peru poprosiła mnie, żebym wręczyła nagrodę autorowi książki o tym kraju, okazało się, że jest nim właśnie Roman Warszewski, ów młody człowiek, który nie zaniechał swych zainteresowań i jego pasją stała się Ameryka Łacińska. O Peru zdążył już napisać kilka książek, odbył wiele ciekawych wypraw po tym kraju, ożenił się z Peruwianką. I oto Roman Warszewski zadzwonił do mnie w ubiegłym roku z propozycją napisania książki. O mnie. Ależ skąd, odmówiłam kilka razy zostania bohaterką wywiadów rzek, zresztą sama - bywa - piszę o sobie.

- A gdybym zorganizował wyprawę do Vilcabamby?

- Do Vilcabamby...?

Uległam Romanowi. (...)


"Odchodzenie nie jest straszne". Elżbieta Dzikowska wspomina naszą wyprawę do Vilcabamby


Elżbieta Dzikowska w czerwcu tego roku w Espiritu Pampa - wiosce sąsiadującej z ruinami Vilcabamby.


W niedawno opublikowanym wywiadzie dla miesięcznika Retro, Elżbieta Dzikowska wspomina także naszą czerwcową wyprawę do Vilcabamby. Na pytanie autorki wywiadu, Ewy Modrzejewskiej - "A którą podróż najbardziej pani pamięta, darzy największym sentymentem?", Elżbieta odpowiedziała:

- Do wspomnianej już Vilcabamby. W czerwcu, po 41 latach byłam tam ponownie z Romanem Warszewskim, który pisze moją biografię. Za pierwszym razem [przed 41 laty] jechaliśmy tam tydzień: najpierw na koniach, potem na mułach. Teraz wyprawa jeepem zajmuje dwa i pół dnia. Ale drogi nadal są niebezpieczne, niewielu turystów tam dociera. I znów miałam przygodę, bo... niemal umierałam. Bolało mnie w klatce piersiowej, miałam problemy z oddychaniem. Wszyscy myśleli, że to zawał. Znaleźliśmy w [sąsiedniej] wiosce pielęgniarkę i okazało się, że to tylko... odwodnienie. Ale w ogóle się nie bałam, pomyślałam, że odchodzenie wcale nie jest takie straszne. Najważniejsze to nie cierpieć, umrzeć zdrowym".

Więcej na temat naszej wspólnej wyprawy będzie można przeczytać w najbliższym numerze kwartalnika "Kontynenty".

Elżbieta Dzikowska w Gdyni na ul. Gedymina




Elżbieta Dzikowska, w drodze do Pucka na doroczne regaty im. Tony Halika, 16. września zatrzymała się na kilka godzin u nas w domu w Gdyni. To doprawdy niecodzienna sytuacja, że biograf może gościć u siebie na obiedzie swojego bohatera - w tym wypadku bohaterkę. Ale z pytań merytorycznych, tym razem, padło chyba tylko jedno: "Kim był
wujek Felek?" A poza tym skupiliśmy się na rozmowie o Peru, naszej
niedawnej podróży do Vilcabamby oraz na uciechach stołu. Menu było następujące:

krem z brokułów, ceviche, krewetki w sosie paprykowo-pomidorowym, camote oraz zapiekane ziemniaki pokrojone w talarki. Do tego wszystkiego czerwone wytrawne wino Monte Real, Rioja, Gran Reserva 2009.

W drodze do biografii, w drodze do Vilcabamby. Zapis audycji Iwony Borawskiej z dnia 21. lipca w Radiu Gdańsk.


Iwona Borawska: - Moim i Państwa gościem jest dzisiaj Roman Warszewski.
Roman Warszewski: - Witam serdecznie.
IB: – Pisarz, podróżnik, odkrywca. Spotykaliśmy się już nie raz, z powodu wydawania różnych książek, a to historycznych, a do podróżniczych, a to albumów. Ameryka Łacińska, Peru, Vilcabamba. To bardzo przybliża mojego gościa do postaci, o której dzisiaj będziemy mówili. Bo ja proszę Państwa dostałam takiego sms - a, mniej więcej brzmiał on tak – „piszę biografię Elżbiety Dzikowskiej, właśnie wróciłem z nią z podróży do Vilcabamby.”



RW: - Tak, przed około tygodniem.
IB: - A Elżbieta Dzikowska i Tony Halik to byli pierwsi Polacy, którzy dotarli do Vilcabamy, tak? W 1976 roku?
RW: - Tak, tzn. to było podawane kiedyś w ten sposób, że oni odkryli, ale to nie do końca było zgodne z prawdą. Odkrywcą Vilcabamby był Gene Savoy, który pierwszy tam dotarł w 1964 roku. Natomiast Dzikowska i Halik byli w Vilcabambie dopiero w 1976 roku. No i ten problem w naszych rozmowach z Elżbietą Dzikowską pojawił się dosyć szybko, ponieważ, chciałem się dowiedzieć, jak to było, że ona stwierdziła, że odkryli tę Vilcabambę. To wynikało w dużej mierze z jej nieświadomości, bo profesor, z którym oni wtedy podróżowali przekonywał ich, że w Vilcabambie jeszcze nikogo nie było. A był to taki czas w Peru, rządy lewicowego Generała Velasco Alvarado, że Peruwiańczycy, jakby programowo odkrywali po raz drugi to, to co już inni kiedyś odkryli.
IB: - Bardzo ciekawa historia. Na pewno ona i wiele innych znajdzie się w tej biografii.

Magda Grzebałkowska: „Po co ci to, Roman?”


U Dekera, w Sopocie, spotykam się z Magdą Grzebałkowską. Znamy się od lat. W czasach, gdy byłem zastępcą redaktora naczelnego „Głosu Wybrzeża”, Magda był początkującą reporterką. A teraz? Minęło dwadzieścia lat, Magda została świetną pisarką, autorką takich bestsellerów, jak „Beksińscy. Portret podwójny”, czy „Rok 1945”. To super-pióro. A ile jeszcze przed nią! Aktualnie pracuje nad biografią Krzysztofa Komedy. Do końca września ma ją oddać w „Znaku” I właśnie o biografiach chcę z nią porozmawiać.

Jaka jest różnica między pisaniem biografii osoby nieżyjącej i żyjącej? Ja pracuję bowiem nad biografią Elżbiety Dzikowskiej i problem ten nurtuje mnie od wielu miesięcy. A jak widzi to Magda, doświadczona biografka? Jak podejść do takiego tematu?
– Pisanie biografii osoby żyjącej jest dużo trudniejsze – mówi i spogląda na mnie ze współczuciem. – W co ty się ładujesz? Po co ci to, Roman?
– Jest przecież tyle fajnych martwych ludzi, nie lepiej pisać o kimś takim? – kontynuuje po chwili. – Ja nigdy, bym się nie podjęła pisania o kimś, kto żyje. Wiesz, co cię czeka na etapie autoryzacji?
Mówi, że w środowisku dziennikarskim, w Warszawie, ludzie Elżbiety Dzikowskiej raczej się boją. Że ma ona opinię osoby bardzo nieprzejednanej – będzie tak jak ona chce, albo nic nie będzie. Mirosław Wlekły, autor biografii życiowego partnera Dzikowskiej, Tony’ego Halika, też bardzo się jej obawiał i pracując nad książką musiał zawrzeć niejeden kompromis.

Z Elżbietą Dzikowską w Żerocinie


Żerocin to niewielka wioska na Podlasiu, około dwunastu kilometrów od Międzyrzeca Podlaskiego. To wioska podszyta patriotycznymi tradycjami, bo kiedyś znajdował się w niej kopiec upamiętniający pobyt Józefa Piłsudskiego i I Brygady Strzelców w dniach 15 i 16 sierpnia 1915 roku, ale po 1945 roku został on zlikwidowany. Po tym jak z Elżbietą Dzikowską odwiedziłem wszystkie najważniejsze związane z jej dzieciństwem miejsca w Międzyrzecu, jedziemy właśnie tam. Droga wiedzie przez las. To kraina dziecięcych wakacji Elżbiety, kraina niezapomnianych wspomnień. To właśnie tu – zanim w czasie wojny, uciekając przed Niemcami, do Żerocina przeprowadziła się z Międzyrzeca – jako mała dziewczynka, przyjeżdżała latem, do swojej cioci Kazi, siostry ojca.



To tu odbywała swoje pierwsze wyprawy.

Dokąd?

W górę.

Im wyżej, tym lepiej.

(Potem, w życiu, ten nawyk jej pozostał.)

Najpierw jednak celem były czubki drzew.

Głównie brzóz i wiśni

– Najpiękniej było najbliżej czubka – wspomina. – Obejmowałam pień rękoma, chwiejąc się w rytmie podmuchów wiatru. To było wspaniałe uczucie…

– Tu też – mówi dalej – ukształtowała się moja druga młodzieńcza pasja: zbieranie grzybów. Do dziś umiem je znakomicie rozpoznawać. Ale zbieram je teraz znacznie rzadziej, za co winny jest mój nadwerężony kręgosłup. Dziś wolę grzyby kupować w Falenicy, ale nadal uwielbiam je przyrządzać, jeść i, oczywiście, podawać gościom…

Żerocińskie lasy stały się dla niej pierwowzorem puszczy, selwy, dżungli, które zaczęła odwiedzać kilkanaście lat później.
najnowsze < > najstarsze
Roman Warszewski
Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Ostatni album

„Zielone Pompeje.Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa”

(Razem z Arkadiuszem Paulem)
Seria Siedem Nowych Cudów Świata, Fitoherb 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków