KAMIENNE TWARZE


Marcahuasi to jeden z najbardziej tajemniczych zakątków Ameryki Południowej. To prawdziwy Zaginiony Świat. To peruwiański płaskowyż, który dla jednych jest świadectwem tego, jak mało jeszcze wiemy o historii naszej planety, dla innych natomiast stanowi skalny ogród osobliwości, w którym bez trudu można przekonać się, jak wiele sama z siebie, przez miliony lat, może stworzyć pracowita natura.

Marcahuasi to miejsce praktycznie nieznane. Mimo, że znajduje się ono w odległości kilkunastu godzin jazdy konnej od Limy, ze względu na opowieści o działających tam od tysiącleci „tajemniczych siłach”, zawsze było omijane zarówno przez tubylców, jak i Europejczyków. „Huasi” w języku quechua to po prostu „dom”. Natomiast „marca” ma bardzo wiele znaczeń. To „władca”, „obrońca”, „lud”, „wioska”, „prowincja” lub „wyższa kondygnacja kamiennego domu”. „Marcahuasi ” może być zatem zarówno „Pałacem Władcy”, „Domem Ludu”, jak i „Wysokim Skalnym Osiedlem”. Może być jedną z tych rzeczy lub każdą z nich z osobna. Rzadko która nazwa tak dobrze oddaje to, co opisuje.

Ta olbrzymia, płaska góra wznosi się na wysokości ok. 4000 m n.p.m. i należy do kategorii takich miejsc, jak Sete Cidades w Brazylii, o którym w Siejbie i kosmosie pisze Erich von Däniken. Znajdują się tam formy skalne, o których nie do końca wiadomo, czy są gigantycznymi rzeźbami, pozostałościami prastarych ruin, czy naturalnymi formami wietrzeniowymi. Na podstawie nielicznych relacji osób, które odwiedziły to miejsce, można wnioskować, że Marcahuasi jest jednym z niewielu namacalnych świadectw istnienia wielce archaicznej cywilizacji w Ameryce Południowej, po której zaginął wszelki ślad.

ŚLADAMI PUŁKOWNIKA FAWCETTA

Oprócz domniemanych rzeźb i ruin, w Marcahuasi znajdują się też tajemnicze tunele, będące najprawdopodobniej częścią większego systemu podziemnych korytarzy rozciągających się pod Andami. Część owych tuneli w latach sześćdziesiątych została odkryta w Ekwadorze w prowincji Morona-Santiago przez Juana Moricza. Tam, w podziemnych chodnikach nienaturalnego pochodzenia, odnaleziono kamienne rzeźby przynależące do całkowicie nieznanej kultury prekolumbijskiej oraz nieprzebrane złote skarby.


Percy Harrison Fawcett, nieustraszony poszukiwacz „zaginionego świata”. Zdjęcie z 1911 roku


Czy podobnie jest w Marcahuasi? - to pytanie zadawaliśmy sobie, gdy wyruszaliśmy na płaskowyż1. Gdyby okazało się, że rzeczywiście tak jest, być może udałoby się wreszcie odpowiedzieć na pytanie, które - kiedyś tak popularne wśród archeologów - obecnie poszło w zapomnienie: czy w Ameryce Łacińskiej istniała niegdyś prastara, wielce monumentalna cywilizacja na długo zanim w Ameryce Południowej pojawiły się takie kultury prekolumbijskie, jak Chavin, Mochica, Nazca, a w Ameryce Środkowej - cywilizacja Olmeków?

O istnieniu takiej prakultury-matki przekonani byli tak znakomici badacze, jak Arthur Poznansky i George Squier. Zawierzając własnej intuicji i ich poglądom, na poszukiwanie śladów tej cywilizacji w puszczach brazylijskiego Mato Grosso w latach dwudziestych kilkakrotnie wyruszał brytyjski pułkownik i geodeta - Percy Harrison Fawcett. Jedynym konkretnym śladem, jakim dysponował, była pochodząca z XVIII wieku relacja o istnieniu prastarych ruin wśród skalnych urwisk emitujących (odbijających?) światło oraz niewielka, pokryta nieznanymi hieroglifami kamienna płaskorzeźba stylistycznie całkowicie niepodobna do czegokolwiek, co dotąd znaleziono w Ameryce Łacińskiej.

W czasie swej ostatniej wyprawy Fawcett przepadł bez wieści. Wydaje się, że jego poszukiwania rokowałyby dużo większe szanse na sukces, gdyby podjęte zostały w rejonie andyjskim, właśnie w Marcahuasi, gdzie - co pojawia się w kilku znanych relacjach - „zdarza się, że skały świecą jasnym blaskiem”. Analogia z tym, co w starych dokumentach wyczytał Fawcett, jest więcej niż uderzająca.

WIELKI ZNAK ZAPYTANIA

Czy kamienne rzeźby, które znajdują się w Marcahuasi, są dziełem człowieka, czy też powstały w wyniku złożonych procesów erozji? Czy wielkie głazy, zalegające na obrzeżach tamtejszych powysychanych jezior, to pozostałości po cyklopich murach z zamierzchłych epok, czy tylko świadectwo wulkanicznej przeszłości tych terenów? Wreszcie czy wyloty tuneli, które na płaskowyżu można zlokalizować, stanowią część systemu podziemnych sztolni, które - zgodnie z indiańskimi legendami - są wejściami do podziemnego świata - do „podziemnych rzeczywistości równoległych”?

To tylko niektóre z pytań, które w czasie pobytu na płaskowyżu nie dawały nam spokoju. Okazało się, że Marcahuasi - podniebna wyspa w oceanie chmur - to rzeczywiście jeden wielki znak zapytania. My, uczestnicy wyprawy zorganizowanej pod auspicjami miesięcznika „Nieznany Świat”, staraliśmy się znaleźć dowody mogące szalę tego długiego sporu, w który zaangażowanych jest wiele naukowych autorytetów, przechylić na jedną bądź drugą stronę. Nie mieliśmy żadnych uprzedzeń, nie zakładaliśmy sobie, co powinniśmy odnaleźć. Na to, z czym zetknęliśmy się w Andach, cały czas staraliśmy się patrzeć całkiem świeżymi oczami i ani przez chwilę nie sugerowaliśmy się tym wszystkim, co inni opowiadają na temat tego przedziwnego zakątka.

OBCUJĄC Z NIEZNANYM

Podstawowym celem ekspedycji, będącej w pewnym sensie kontynuacją dzieła podjętego przed ponad 70 laty przez Percy’ego Harrisona Fawcetta, była wstępna penetracja Marcahuasi, pobranie próbek skalnych oraz sporządzenie szczegółowej dokumentacji fotograficznej. Chcieliśmy też zyskać szansę naocznego obcowania z wieloma dziwnymi i trudnymi do wytłumaczenia zjawiskami, które - jak słyszeliśmy - stanowią nieodłączny element życia codziennego okolicznych Indian. Wyprawa w swym założeniu miała zainicjować bardziej systematyczne badania tej strefy i zwrócić uwagę świata nauki na konieczność przemyślenia na nowo kilku podstawowych twierdzeń współczesnej archeologii prekolumbijskiej. Miała wyciągnąć Marcahuasi z anonimowości, z niebytu.

- Wiele wskazuje na to - stwierdziłem tuż przed wyjazdem w jednej z wypowiedzi dla prasy - że ten płaskowyż ma jakiś związek ze słynnymi „kamieniami z Ica”2, a w sensie cywilizacyjnym jest najprawdziwszym „zaginionym światem”. Potencjalnie to rejon o znaczeniu wcale nie mniejszym niż Nazca ze słynnymi naziemnymi rysunkami. Teraz, po powrocie, mógłbym to powtórzyć, uzupełniając o to wszystko, co znajduje się w tej książce.

Zadanie nie było więc łatwe. Sądzę, że trudności, z którymi zetknęliśmy się w górach, stanowiły maksimum tego, co w danej chwili kondycyjnie byliśmy w stanie wytrzymać. Wystarczy powiedzieć, że dwie osoby wycofały się z ekipy i dobrowolnie zrezygnowały z kontaktu z Nieznanym w momencie, gdy właśnie stanęliśmy u progu Tajemnicy - gdy wreszcie dotarliśmy na płaskowyż. Dokuczała nam wysokość i brak tlenu, nieustannie towarzyszył stres. Czasu też w sumie nie mieliśmy zbyt wiele, a topniejące w oczach zapasy paliwa do naszej polowej kuchenki jeszcze bardziej go ograniczały. Wydaje nam się jednak, że powróciliśmy z obserwacjami, materiałami, zdjęciami i próbkami kamieni, które wiele kontrowersji związanych z Marcahuasi będą mogły wreszcie jednoznacznie wyjaśnić. Sądzimy też, że kilka podstawowych twierdzeń archeologii prekolumbijskiej będzie trzeba poddać gruntownej rewizji.

KAMIENNA SYMFONIA

To o czym piszę w tym miejscu, to tylko pierwsze, często chaotyczne wrażenia. Bardziej systematyczna, pełna relacja z naszego andyjskiego pojedynku z własnymi słabościami i z Nieznanym, którego obecność w czasie tej wyprawy czuliśmy dosłownie na każdym kroku, znajduje się na następnych stronach. Tam, u góry, wszystko w zasadzie było takie, jak się spodziewaliśmy, a jednocześnie... wszystko było całkiem inne! Paradoks? Zgoda, ale nie jedyny. Wielokrotnie bowiem, mimo niezłego przygotowania merytorycznego, nie wiedzieliśmy... z czym się właściwie stykamy i co widzimy, choć... widzieliśmy całkiem wyraźnie! Często nie było wiadomo, czy nie padamy ofiarami jakiegoś zbiegu okoliczności, fatamorgany, złudzenia lub też, czy nie udzielają się nam sugestie, które słyszeliśmy z ust Indian, i czy ich świat, na krótkie chwile-przebłyski - mimo wszystkich kulturowych różnic, jakie nas dzieliły - nie stawał się naszym udziałem!

Było to jedno z najbardziej fascynujących doświadczeń wyniesionych z tej ekspedycji, z którym każdy z nas musiał dać sobie radę na własną rękę, problem zaś, co i w jakim stopniu jest rzeczywiste, a co wyimaginowane i nierealne, niespodziewanie stał się jednym z naszych głównych dylematów, a jednocześnie ważnym (kto wie, czy nie najważniejszym?) wątkiem tej książki.


Kamienna płaskorzeźba nieznanego pochodzenia ze zbiorów Fawcetta
Gdy po kilkugodzinnej wspinaczce wąską ścieżką wiodącą z San Pedro de Casta, ostatniej osady na szlaku, dotarliśmy do celu, dosłownie oniemieliśmy ze zdumienia. Bo oto, po przekroczeniu górnej krawędzi płaskowyżu, nagle znaleźliśmy się w całkiem innym świecie - poczuliśmy się, jakbyśmy wylądowali na jakiejś nieznanej, odległej od Ziemi planecie! I było tak nie tylko w pierwszej chwili - to samo wrażenie powtarzało się potem codziennie, gdy co rano wypełzaliśmy z kopulastych, odpornych na wiatr i zimno namiotów. Otaczające nas skały miały tak fantastyczne kształty i kolory, iż można było sądzić, że nie są to kamienie, lecz poddająca się ręce rzeźbiarza glina ubarwiona kredką czteroletniego, najwyżej pięcioletniego dziecka. Skały układały się w stożki, iglice, sople, najbardziej nieprawdopodobne nawisy, spirale, piramidy i monumentalne esy-floresy. Trudno byłoby wpaść na to, że kamień może się uformować (można go uformować?) tak jak krem i śmietana na torcie, a jednak, tak właśnie było! Gdyby chcieć zestawić skalne zawiłości Kapadocji z kamienną symfonią Marcahuasi, byłoby to tak, jakby próbować porównywać przedszkole z uniwersytetem! Godzinami wpatrywaliśmy się w ten podniebny krajobraz, a kamienie wyglądały tak, jakby pod ich porowatą powierzchnią cały czas coś intensywnie buzowało, kipiało i jakby lada chwila miały one jeszcze bardziej napęcznieć, nabrzmieć, poruszyć się, ożyć! Dopiero wtedy zrozumiałem też prawdziwe znaczenie słów dr Marceli Olivas Weston: „Sfinksów jest kilkaset, piramid co najmniej kilkadziesiąt. Marcahuasi jest tylko jedno”.

Najbardziej tajemnicze i najbardziej dające do myślenia były jednak kamienne twarze, które niespodziewanie tu i ówdzie wyłaniały się ze skalnych zboczy. Wędrując po całym płaskowyżu naliczyliśmy ich kilkanaście. Miejscowi Indianie nadali im najróżniejsze nazwy - „Pomnik ludzkości”, „Stary Inka”, „Prorok”, „Twarz Murzynki”. To przedziwne kolosy, rzeźby-giganty. Każda z nich liczy kilkadziesiąt metrów. Czemu miały służyć? A może raczej - komu? Czy są to pomniki - świadectwa istnienia całkowicie nieznanej, prastarej cywilizacji, czy też to tylko niewiarygodne wybryki natury?

KLUCZ

Po pierwszym szoku, mimo że z uwagi na brak tlenu nieomal każdy krok stawiany na płaskowyżu okupiony był niemałym znużeniem, zaczęliśmy szukać jakiegoś klucza, który pozwoliłby nam zrozumieć to, co widzieliśmy dookoła. Każdy kolejny dzień spędzony na tej podniebnej platformie (wznoszący się na wysokości 4200 m n.p.m. płaskowyż w rzeczywistości okazał się gigantyczną górą stołową) ujawniał nam coś nowego, coś, co w pierwszej chwili wywoływało wielkie zdumienie, potem jednak zaczynało odnajdywać swoje miejsce i układać się w mozaikę rządzącą się własną logiką. Czuliśmy się jak owa przysłowiowa żaba, która wpadła do wiadra z mlekiem i która - by nie utonąć ma teraz tylko jedno wyjście: musi tak długo i tak intensywnie przebierać nogami, aż mleko zamieni się w masło.

Pierwszą grudką tego masła było to, że zaczęliśmy dostrzegać ślady wielkiej ludzkiej aktywności na płaskowyżu, która w przeszłości z owej „mesety”3 musiała czynić miejsce nie tak bezludne i niegościnne jak dziś, lecz bardzo gęsto zasiedlone. Znaleźliśmy ślady poważnych prac irygacyjnych, pozostałości po minitamach, groblach, kanałach i rynnach żłobionych w skale. Była tu więc w przeszłości woda, duże jej ilości. W Andach natomiast ten, kto miał wodę, miał władzę, mógł wywierać wpływ i decydować o tym, co robią inni. Było tak niegdyś, jest tak do dziś. Marcahuasi mogło być więc kiedyś cywilizacyjnym centrum o niebagatelnym znaczeniu. Centrum dotąd nie znanym.

JEDNAK RZEŹBY!

To był jednak zaledwie początek. Wkrótce potem na największych, najbardziej monumentalnych rzeźbach odnaleźliśmy wyraźne ślady dłut prehistorycznych artystów. Przynajmniej niektóre rzeźby nie powstały więc na skutek erozji, lecz były wynikiem celowej działalności człowieka! Rzeźby są jednak bardzo zniszczone, w wielu wypadkach zerodowane prawie nie do poznania. Czyli - są bardzo stare. Jak stare? Właśnie to było kluczowym pytaniem. Ale akurat w tym wypadku mieliśmy niemałe szczęście. Na skalnym zboczu, tuż obok wylotu odkrytego przez nas jednego z tajemniczych, podziemnych tuneli, natrafiliśmy na wyraźną formację kamienną nazywaną przez geologów „skórą węża”. Ten sam składnik kamiennej faktury wykorzystany został w czasie prehistorycznych prac nad największą i najbardziej monumentalną rzeźbą w Marcahuasi - nad tzw. Pomnikiem ludzkości. A że takie same znalezisko, którego wiek ocenia się na dziesięć tysięcy lat, wcześniej widzieliśmy na stanowisku archeologicznym prof. Krzysztofa Makowskiego w Lurin-Tablada pod Limą, można było zaryzykować hipotezę, że mamy tu do czynienia z zabytkiem równie starym. „Pomnik ludzkości” miałby zatem liczyć dziesięć tysięcy lat! Niesamowite! Nieprawdopodobne! Sensacyjne! Choćby miał tylko osiem tysięcy lat! Każde z tych datowań i tak zmusi archeologów do tego, by na nowo napisać historię Ameryki prekolumbijskiej!

PRAŹRÓDŁO?

Najważniejsze miało jednak zdarzyć się jeszcze później. Identyfikując wiele nieznanych dotąd rzeźb (m.in. „Szynszylę” czy „Mamuta”) zlokalizowaliśmy dwie o znaczeniu nie tylko estetycznym. Jedną z nich jest grupa głębokich reliefów bardzo wyraźnie nawiązujących do sztuki... olmeckiej z Meksyku!; druga natomiast - tzw. Straszydło, była wyraźną zapowiedzią przyszłych motywów charakterystycznych dla kultury Chavin de Huantar, uznawanej dotąd za pierwszą w pełni rozwiniętą monumentalną kulturę staroperuwiańską. Czyżby więc Marcahuasi miało okazać się tym prastarym, zaginionym kulturowym substratem Ameryki prekolumbijskiej, którego istnienie niektórzy badacze przeczuwali od dawna, a którego śladu szukano dotąd nadaremnie? Czyżby właśnie tu miało znajdować się źródło całej amerykańskiej kultury - nie tylko tej z rejonu andyjskiego, lecz także tej, która wiele lat później rozwijała się tysiące kilometrów na północ, w Ameryce Centralnej?

Za tym, że nie do końca jest to koncepcja karkołomna, przemawiać mogą owo ujawnione fakty na temat przeszłości kultur rozwijających się niegdyś na północy Peru: niezwykle krwawe ceremonie ofiarne Indian Mochica, bardzo zbliżone do podobnych rytuałów staromeksykańskich, fakt odnawiania wielu tutejszych piramid w cyklu podobnym jak mezoamerykański cykl pięćdziesięciodwuletni oraz zachowanie w Nazca i w rejonie San Pedro de Casta (u podnóża Marcahuasi!) prastarych mitów o latających, upierzonych istotach do złudzenia przypominających środkowoamerykańskiego „Upierzonego Węża” Quetzalcoatla i Kukulkana.


Mapa Peru


Czy to tylko przypadkowe zbieżności, czy raczej świadectwo istnienia wspólnych korzeni obu tych wielkich cywilizacyjnych centrów? Do tej pory za ewentualne praźródło całej (i peruwiańskiej, i meksykańskiej) cywilizacji prekolumbijskiej uznawano tereny Ekwadoru - rejon Valdivii i jej puszczańskie zaplecze. Nasze obserwacje sugerują jednak, iż miejsca tego należy szukać jeszcze dalej na południe - właśnie w Marcahuasi.

PODNIEBNA RAPA-NUI

Te wszystkie rozważania teoretyczne ani przez chwilę nie były w stanie przeszkodzie nam w poddawaniu się przemożnej magii tej niezwykłej „mesety”. Co więcej, wydaje nam się, że to właśnie niepowtarzalne piękno tych stron od dawna mogło stanowić magnes, który przyciągał tu ludzi. Ci, którzy zdecydowali się osiedlić w tym niezwykłym miejscu, po pewnym czasie zaczęli imitować naturę i swymi niezwykle sprawnymi dłutami poczęli „poprawiać” kształty, które sama z siebie wykrzesała tu przyroda. W ten sposób doszło do stworzenia największych najbardziej monumentalnych rzeźb - tych które dziś stanowią główny powód kontrowersji, a które swymi rozmiarami wielokrotnie przewyższają słynne kolosy z Wyspy Wielkanocnej.

Z czymś podobnym spotkałem się już w innym miejscu w Peru - na pustym „Toro Muerto” nieopodal Arequipy, gdzie na pochyłej, płaskiej przestrzeni znajdowały się rozrzucone siłą niezliczonych wybuchów wulkanów i trzęsień ziemi bloki skalne. Stanowiły one nieme, ale jakże sugestywne zaproszenie dla prehistorycznych artystów. Zaproszenie to zostało przyjęte. Dawni malarze skwapliwie skorzystali z tych naturalnych, „kamiennych blejtramów” i przez wieki pokrywali je rysunkami do dziś wprawiającymi w zdumienie wszystich którzy odwiedzają to przedziwne miejsce. Tu, w Marcahuasi, było podobnie, z tym że nie malowano, lecz rzeźbiono. Była jeszcze jedna różnica: wszystko odbywało się z o wiele większym rozmachem i w nieporównanie większej skali.

Również powstająca na płaskowyżu architektura była wzorowana na występujących tu formach skalnych; naturalne cyklopie mury przez stulecia stanowiły pierwowzór dla murów wznoszonych ręką człowieka. W Marcahuasi rozwijała się więc cywilizacja żyjąca w harmonii z otaczającą ją przyrodą; wsłuchana w jej rytmy, czerpiąca z niej swe żywotne soki i siły, cywilizacja, która - być może - mogłaby stanowić pierwowzór dla cywilizacji przyszłości...

Nie bez kozery wspominam o Wyspie Wielkanocnej. Bo cały płaskowyż, swą atmosferą i kształtem na myśl przywodzi zagubioną wśród wód Pacyfiku Rapa-Nui, a jedna z rzeźb nawet do złudzenia przypomina kształt klasycznego, „moai”4. Czyżby więc cywilizacyjne oddziaływanie Marcahuasi miało okazać się jeszcze szersze, jeszcze bardziej brzemienne w kulturotwórcze skutki? Czyżby miało ono sięgać daleko w głąb Oceanu Spokojnego?

Tyle pierwszych, pospiesznych wrażeń. Kiedy nadszedł czas, gdy musieliśmy opuścić płaskowyż, zostawialiśmy za sobą „mesetę” taką samą, jak ją zastaliśmy, sami jednak byliśmy już całkiem inni. Na każdym z nas Marcahuasi pozostawiło swoje niepowtarzalne, głębokie piętno - na każdym inne. Mieliśmy poczucie, że dane nam było obcować z czymś wielkim, wzniosłym, tajemniczym, ale niekoniecznie możliwym do natychmiastowego pojęcia i ogarnięcia. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej tylko otarliśmy się o wiele zagadek i że Marcahuasi - w sumie, biorąc pod uwagę jego złą sławę, i tak dla nas bardzo łaskawe - ledwie uchyliło przed nami rąbka swych tajemnic. Resztę odpowiedzi przynieść będzie musiała dopiero bliżej nieokreślona przyszłość. Stanie się to jednak, jak sądzę, nie wcześniej niż wtedy, gdy ludzie całkiem na nowo nauczą się patrzeć na to, co ich otacza.

A my? My zrobiliśmy i wiele, i mało. Kolejny paradoks? Uczyniliśmy pierwszy krok. Marcahuasi przestało być anonimowym uosobieniem Nieznanego, choć nic nie straciło ze swojej tajemniczości. Jak widać, na więcej, na razie, sobie nie zasłużyliśmy...

Przypisy

[1] Wyprawa odbyła się w sierpniu i wrześniu 1998 roku. Uczestniczyli w niej: dziennikarze - Stanisława Grzelczak, Alicja Milanowska i Roman Warszewski, radiestetka - Bernadetta Cempel (wszyscy z Polski), fotografik - Cezary Zych (Kanada) oraz archeolodzy - Marcela Olivas Weston, Judith Berreteaga i Jean-Paul Campos Diaz (z Peru). Bernadetta Cempel i Alicja Milanowska po dotarciu do Marcahuasi wycofały się z wyprawy i wróciły do Limy. Wyprawa odbywała się pod patronatem miesięcznika „Nieznany Świat”.

[2] „Kamienie z Ica” - odnalezione w latach sześćdziesiątych przez doktora Javiera Cabrerę Darque w okolicach Ica i Ocucaje w Peru czarne otoczaki, na których znajdują się rysunki, pozwaające wnioskować, iż w przeszłości w Ameryce Południowej ludzie współegzystowali z... dinozaurami oraz dysponowali bardzo zaawansowaną techniką! Istnieje podejrzenie, iż niektóre z kamieni zostały sfałszowane, pochodzenia wielu z nich jednak nauka do dziś nie potrafi wytłumaczyć. Podobne motywy jak na „kamieniach z Ica” występują w glinianych rzeźbach odkrytych w Meksyku w okolicy miejscowości Acambaro. Ich pochodzenie także jest nieznane.

[3] „Meseta” - (hiszp.) platforma, płaskowyż, góra stołowa.

[4] „Moai” - (polinez.) gigantyczną, kamienna rzeźba z Wyspy Wielkanocnej, najczęściej w formie olbrzymiej głowy z krótkim tułowiem.
początek < > koniec