W „Dzienniku Bałtyckim” o Gabrielu Garcii Marquezie


Z Romanem Warszewskim, autorem książki „Gdzie mieszka pułkownik Buendia? Mówi Gabriel Garcia Marquez”, rozmawia Dorota Abramowicz

– W czwartek wieczorem zmarł w Meksyku Gabriel Garcia Marquez...

– Choć w ostatnim czasie ciężko chorował, miał zaniki pamięci i prawdopodobnie alzheimera, to kiedy usłyszałem o jego śmierci, zrozumiałem, że nic już nie będzie takie samo. Odszedł jeden z największych pisarzy XX wieku, człowiek, który wpłynął i ciągle wpływa na literaturę światową. Jego realizm magiczny nadal oddziałuje na wielu pisarzy. Obawiam się, że długo nie będzie takiego twórcy, jak Marquez, człowiek, który obok Mario Vargasa Llosy i Julio Coltazara zainfekował czytelników literaturą latynoamerykańską. Wielka postać.

– Pamiętam czasy, gdy po polskie wydanie „Stu lat samotności” ustawiały się kolejki w księgarniach, książkę sprzedawano spod lady, a młodzi ludzie wręcz „mówili Marquezem”. Ile miałeś lat, gdy pierwszy raz przeczytałeś jego książkę?

– Byłem jeszcze w liceum, miałem siedemnaście lat. „Sto lat samotności” było czymś absolutnie innym od znanych mi książek. Trudnym w odbiorze, bez dialogów, a jednak wciągającym, kuszącym, fascynującym. Czytałem sagę rodu Buendia z wioski Macondo i czułem, jakby wciągał mnie i zasysał jakiś wir. Uczyłem się już wtedy języka hiszpańskiego, więc wróciłem do niej w oryginale. Będąc na stypendium doktoranckim we Florencji, przeczytałem „Sto lat samotności” po włosku, potem po niemiecku i angielsku.

AYAHUASCA, PRZECIEŻ MÓWIĘ!


Z Franciskiem Shuñą, znanym szamanem i „ayahuasquero”, rozmawia Roman Warszewski

– Jak ta roślina się nazywa?

– Ayahuasca

– Jak?
– A-ya-huas-ca, przecież mówię! Ayahuasca to roślina magiczna. Picie sporządzonego z niej wywaru, nie boję się tego stwierdzić, jest czymś absolutnie niepowtarzalnym.

– Dlaczego?
– Ceremonia picia ayahuaski odbywa się zwykle po zapadnięciu zmroku, wieczorem. Urządza się ją w porze kolacji, a właściwie – zamiast niej. By ceremonia ta mogła zakończyć się pełnym sukcesem, potrzebne jest pewnego rodzaju wyciszenie, skupienie. Czas przed nastaniem nocy nadaje się do tego najlepiej. Uczestnik obrzędu nie powinien jeść nic ciężkiego, ciężkostrawnego, a najlepiej, jeśli cały dzień pości. Są też tacy, którzy powstrzymują się od jedzenia przez kilka kolejnych dni poprzedzających tę ceremonię. Wiedzą, że wtedy organizm jest najlepiej przygotowany na przyjęcie ayahuaski i przesłania, które z tego spotkania może wyniknąć.

– Czym jest ayahuasca?
– Mówiąc najkrócej – ayahuasca jest napojem sporządzonym z liany o tej samej nazwie oraz z rośliny „toe” i „chacruna”*.

– Wyjaśnia to raczej niewiele...
– To jedna z najważniejszych roślin amazońskich, a bez napoju, który się z niej sporządza, nie byłoby kultury amazońskich Indian.

– Dlaczego?
– Bo dla większości plemion z basenu Amazonki ayahuasca jest rośliną- nauczycielem i rośliną-mistrzem. To dzięki niej – niejako za jej pośrednictwem – Indianie dowiadują się wielu podstawowych kwestii dotyczących ludzkiej egzystencji.

Paraliż Narodów Zjednoczonych


Z Tadeuszem Mazowieckim, Anno Domini 1995, rozmawia Roman Warszewski

Zmarł Tadeusz Mazowiecki – jeden z największych autorytetów na europejskiej scenie politycznej i człowiek, który bez wątpienia w dużo większym stopniu zasłużył na pokojową nagrodę Nobla niż Barak Obama. Przypominam dziś wywiad, który dla „Dziennika Bałtyckiego” przeprowadziłem z Nim w 1995 roku, po tym jak zrezygnował ze stanowiska specjalnego sprawozdawcy Komisji Praw Człowieka ONZ. Zaskakujące jest to, że wypowiedziana wtedy bardzo krytyczna ocena ONZ do dziś w najmniejszym stopniu nie straciła na aktualności.


– Można odnieść wrażenie, że pańska dymisja ze stanowiska specjalnego sprawozdawcy Komisji Praw Człowieka ONZ w byłej Jugosławii była nadzwyczaj skuteczna. Czyżby to, co w tej chwili dzieje się na Bałkanach było rzeczywiście skutkiem pańskiego protestu?
– Nie sądzę, by to, co się stało i silna reakcja Zachodu, jakiej jesteśmy w tej chwili świadkami, była skutkiem mojego apelu. Myślę natomiast, że duże echo z jakim na całym świecie spotkała się moja dymisja dowodzi, iż krok ten został dobrze zrozumiany i że był bardzo potrzebny.

– Ale nie liczył się pan z takim rozwojem wypadków, jaki potem nastąpił – tzn. ze znacznym wzmożeniem nacisku militarnego wywieranego na Serbów przez NATO?
– Trzeba pamiętać, że w ostatnim okresie nastąpiło kolejne brutalne i bardzo przykre wydarzenie: ponownie ostrzelano w Sarajewie to miejsce, gdzie 4 lutego 1994 roku doszło do wielkiej masakry ludności cywilnej. Tym razem zginęło 37 osób, a ponad 80 zostało rannych.

Unikajcie krwistych befsztyków


Z prof. Haraldem zur Hausen, laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii za rok 2008 w Sztokholmie rozmawia Roman Warszewski

– Czy pańskie odkrycie – iż rak szyjki macicy powodowany jest przez wirusa Papilloma (HPV) – jest porównywalne z dokonaniami np. Fleminga, który przed osiemdziesięcioma laty udowodnił leczniczą przydatność penicyliny, za co także otrzymał Nagrodę Nobla?

– Dzisiejsza perspektywa jest jeszcze zbyt krótka, by móc dokonać tego rodzaju oceny. Musi minąć znacznie więcej czasu. Może właśnie aż 80 lat? W porównaniu ze stanem z początku XX stulecia, bardzo zmienił się też charakter odkryć w dziedzinie medycyny. Dziś bardziej jest to praca całych zespołów niż badania pojedynczego uczonego. Różnica polega też na tym, iż dziś odkrycia w uprawianej przeze mnie dziedzinie dokonywane są na znacznie bardziej szczegółowym poziomie, przez co są mniej zrozumiałe i mniej spektakularne. Nie oznacza to jednak, iż są mniej istotne. Jaka jest ich waga, pokaże czas.

– Ale nagroda, którą pan profesor otrzymał, dotyczy prac prowadzonych w ciągu ostatnich 20-30 lat, nie wczoraj. Czasu minęło więc już stosunkowo dużo. Czy ten okres nie pozwala na ocenę ich wagi?

– W pewnym sensie tak. Tym bardziej iż owe – nazwijmy je tak – badania podstawowe sprzed kilku dziesięcioleci w tej chwili zyskały aspekt bardzo praktyczny: dzięki nim stworzona została szczepionka, której stosowanie może zapobiec wystąpieniu raka szyjki macicy. A jest to choroba bardzo rozpowszechniona. Ta szczepionka może uratować życie milionom kobiet na całym świecie.

Szpital o dachu z palmowych liści


Z Jean-Marie Gustavem Le Clezio – synem lekarza i laureatem literackiej Nagrody Nobla z roku 2008, rozmawia Roman Warszewski

– Pański ojciec był lekarzem...
– Mój ojciec był kimś, kto – w moim przekonaniu – może wręcz uchodzić za archetyp lekarza. Był lekarzem afrykańskim, pracującym w buszu, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Na obszarach liczących tysiące kilometrów kwadratowych właśnie on często był jedyną cywilizacją – jej przyczółkiem, forpocztą, posłańcem..., a prawdopodobnie wszystkim tym razem...

– W jakich okolicznościach ojciec trafił do Afryki?
– To cała epopeja. Ojciec, po tym jak opuścił Mauritius, w Wielkiej Brytanii studiował medycynę i chciał tam podjąć pracę. Miał już nawet zaklepany etat w londyńskim szpitalu Saint Joseph i najpewniej pracowałby tam przez wiele, wiele lat, gdyby nie to, że – dosłownie w przededniu wdziania na siebie białego kitla - jego przyszły przełożony z wyrzutem stwierdził: „Drogi panie, jak to się stało, że do tej pory nie otrzymałem pańskiej wizytówki?”

Ojciec natychmiast wizytówkę kazał wydrukować, ale dyrektorowi szpitala już jej nie wręczył. Zgryźliwa uwaga tamtego dała mu tak wiele do myślenia, iż zrezygnował z oferowanej pracy. Zamiast tego pojechał do Southampton, zamustrował się na statek odpływający do Gujany Brytyjskiej w Ameryce Południowej, a gdy już tam dotarł - będąc specjalista medycyny tropikalnej - został wędrownym lekarzem pracującym w dżungli. Przez dwa lata pływał pirogą po tamtejszych rzekach i leczył Indian. Uważał, że właśnie na tym polega lekarskie powołanie i praca lekarza w najczystszej postaci: nieść pomoc innym.

Człowiek z walizką


Ze Sławomirem Mrożkiem po powrocie z Meksyku, Anno Domini 1996, rozmawia Roman Warszewski

W związku ze śmiercią Sławomira Mrożka przypominam dziś wywiad, jaki przed laty przeprowadziłem z Nim po Jego powrocie po siedmioletnim pobycie w Ameryce Łacińskiej. Nie był to łatwy rozmówca – powiedziałbym, że raczej bardzo wymagający. Nie do końca jest jednak prawdą, że na pytania dziennikarzy odpowiadał wyłącznie półsłowkami, w najlepszym razie – równoważnikami zdań. Przykład – poniżej.


POWRÓT

– W pańskich opowiadaniach często pojawia się motyw podróży i ludzie z walizkami. Nie czuje się pan teraz trochę jak bohater własnych opowiadań?


– Oczywiście, że czuję się jak człowiek z walizką, mieszkam w walizce i jeszcze pomieszkam tak jakiś czas. Walizki są nieodłącznym elementem mojego życia od co najmniej kilku tygodni. Nie zastanawiam się jednak, czy jestem kimś z moich opowiadań, czy nie, bo trzeba po prostu żyć – na goło i bezpośrednio.

– Ale te walizki towarzyszą panu nie tylko od kilku tygodni. Pan przecież całe życie podróżuje...

– Nie przesadzajmy. Między etapami moich podróży są zwykle duże przerwy, a wtedy walizki są gdzieś na boku – tam, gdzie na co dzień jest ich miejsce.

– Czyli – jakieś stałe lokum już pan znalazł...

– Wynająłem mieszkanie.

– Rada Miejska w Krakowie nie była tak szczodra, jak w stosunku do Czesława Miłosza?

– Po pierwsze – nie ma takiej ustawy, że Rada Miejska daje komuś mieszkanie; Miłosz też mieszkania nie dostał całkiem za darmo.

„Na własne oczy” - teraz z filmem!


W związku z tym, że w końcu - po bardzo długich staraniach - udało się uzyskać sensacyjny film, o którym w poniższym wywiadzie opowiada wenezuelski naukowiec, jeszcze raz zapraszam do lektury tej rozmowy, tym razem jednak konfrontując ją z filmowym obrazem

Z dr Fabianem Michelangelim z Wenezuelskiego Instytutu badań Naukowych w Caracas, rozmawia Roman Warszewski


- W 1990 roku brał Pan udział w niemiecko-wenezuelskiej ekspedycji na szczyt olbrzymiej góry stołowej Auyan Tepui, o której Voelker Arzt nakręcił film „Wyspy ponad puszcza” („Insel ueber Regenwald”). Z treści tego dokumentu wynika, że w czasie wyprawy, z helikoptera, na równinie szczytowej i brzegu jednego z tamtejszych zbiorników wodnych, zaobserwowano dziwne zwierzęta do złudzenia przypominające prehistoryczne prezjozaury. Zdarzeniu temu, odtworzonemu na podstawie filmu, w książce „Powrót dinozaurów” sporo miejsca poświęcił znany niemiecki pisarz i tropiciel nieznanego – Hartwig Hausdorf. Czy rzecywiście tak było? Czy na Auyan Tepui natrafiliście na ślady jakichś nieznanych gatunków zwierząt, spokrewnionych z dinozaurami?!

- Znam film Voelkera Arzta. Jako uczestnik wyprawy, brałem udział w jego kręceniu, a także widziałem go już po zmontowaniu. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie ma w nim żadnej przesady. Wszystko odbyło się tak, jak zostało opowiedziane w tym dokumencie.
najnowsze < > najstarsze
Roman Warszewski
Dziennikarz i pisarz, autor wielu książek, w tym kilku bestsellerów. Laureat prestiżowych nagród. Wielokrotnie przebywał w Ameryce Południowej i Środkowej. Spotykał się i przeprowadzał wywiady z noblistami, terrorystami, dyktatorami, prezydentami i szamanami. Obecnie pełni funkcję redaktora naczelnego miesięcznika „Żyj długo”.

Ostatni album

„Zielone Pompeje.Drogą Inków do Machu Picchu i Espiritu Pampa”

(Razem z Arkadiuszem Paulem)
Seria Siedem Nowych Cudów Świata, Fitoherb 2013

„Zielone Pompeje”, czyli zapasowe Królestwo Inków